Oswajanie miasta. Dopiero po napisaniu „Ziem obiecanych” naprawdę poczułam, że Wrocław jest moim domem

O Wrocławiu jako bohaterze powieści, poszukiwaniu swojego miejsca na Ziemi, pisaniu i o tym, czy warto czytać wszystkie książki – z Malwiną Ferenz, pisarką, podcasterką rozmawia Olga Szelc.
Olga Szelc: Zanim przejdziemy do rozmowy o Twojej najnowszej powieści „Seks, kłamstwa i PRL” chciałabym cofnąć się w czasie i zapytać o Trylogię Wrocławską, czyli „Brulion”, „Miasto w płomieniach” i „Ziemie obiecane”. A skoro jesteśmy w Twoim ulubionym miejscu, czyli na tarasie Garden Cafe na Ostrowie Tumskim, to i o cykl „Neon Cafe”. Masz już na koncie dwanaście tytułów – to spory dorobek. Dlaczego postanowiłaś pisać i wydawać książki? Czy to było marzenie z dzieciństwa, czy pisanie przyszło do Ciebie z czasem już w dorosłym życiu?
Malwina Ferenz: Piszę, odkąd nauczyłam się składać litery w słowa, a potem w zdania. Na początku były to opowiadania, bajki i wiersze. Na szczęście świat tego nigdy nie zobaczył (śmiech).

Jednak już wtedy byli jacyś czytelnicy, czytelniczki?
Tak, koleżanki ze szkoły, przyjaciółki. Te teksty nigdy nie wyszły poza zaufany krąg i niech tak zostanie. Na poważnie zajęłam się pisaniem, prowadząc – już jako dorosła osoba – bloga parentingowego. Ten blog już zresztą nie istnieje, nie można go znaleźć ani przeczytać – ponieważ uznałam, że formuła się wyczerpała. Wtedy jednak był dość popularny. Posłużę się liczbami – miał miesięcznie ok. 150 tysięcy unikalnych użytkowników. Stworzyła się więc na nim spora społeczność. Wrzucałam tam poważne wpisy, reporterskie, ale także zabawne historyjki. Wiele razy pojawiały się potem komentarze – Malwina, napisz książkę. Odpowiadałam: ludzie, czy Was pogięło? Nie ogarnę czegoś większego niż wpis na blogu. Nie ma mowy!
Mówisz o wpisach, które dzisiaj i tak wydają się długie w porównaniu do postów królujących obecnie w mediach społecznościowych…
Tak, to była jeszcze epoka przedfacebookowa, chociaż sam blog istniał i w czasach pojawienia się Facebooka. Jak już wspomniałam formuła bloga się wyczerpała, bo dzieci urosły i postanowiłam go zamknąć. Oczywiście, mam wszystkie wpisy zarchiwizowane. Może kiedyś do nich wrócę? Na pewno jednak bloga nie otworzę ponownie. Jednak – po jego zamknięciu – po jakimś czasie poczułam, że czegoś mi brakuje, że mnie nosi i że rozpierają mnie pomysły. Wtedy przyszedł czas na książkę.
Wrocław jest nie tylko tłem, ale i bohaterem Twoich powieści, głównie mówię tu o Trylogii Wrocławskiej, ale nie tylko. Często mówisz, że musiałaś miasto dla siebie oswoić i że wynika to z twojej rodzinnej historii. Jak wyglądało oswajanie Wrocławia?
Przede wszystkim dużo się dowiadywałam, wiele czytałam na temat Wrocławia. Nie o dawnej historii miasta, tylko raczej o tej XX-wiecznej, tuż przed II wojną światową, w trakcie i zaraz po niej. Ten najbardziej newralgiczny czas jeszcze możemy poczuć i zobaczyć w miejskiej tkance – znajdujemy przecież niemieckie napisy na kamienicach, przy zakładach usługowych. Zrujnowałam się wtedy, bo te publikacje można było zasadniczo dostać głównie w antykwariatach. Szukałam zwłaszcza wspomnień. Oglądałam także sporo zdjęć, zresztą do tej pory to robię i w mediach społecznościowych obserwuję profile, które pokazują fotografie przedwojenne i tuż powojenne.
Bardzo mnie interesował proces tworzenia się powojennej społeczności Wrocławia. To jest niezwykle ciekawe, że stworzyliśmy taki patchwork naprawdę z niczego. Na gruzach miasta. Wiązało się to oczywiście z mnóstwem dramatów życiowych. Ludzie zostawiali swoje życie, znane miejsca, rodzinne domy i przyjeżdżali do Wrocławia. Inni – Niemcy – musieli stąd odejść. Chciałam zrozumieć Wrocław, poczuć go, żeby stał się moim miejscem na Ziemi. Wiele mówi się – zwłaszcza ostatnio – o międzypokoleniowej traumie. Na przykład o osobach, których rodzina ucierpiała w Zagładzie. Moja rodzina nie jest tym akurat przykładem. Ponieważ jednak czytałam publikacje na ten temat, na ich podstawie odkryłam, że podświadomie, podprogowo moja babcia, która znalazła się we Wrocławiu nie z własnej woli, przekazała mi poczucie, że ja także nie jestem u siebie. Dla babci dom oznaczał ten daleko, pozostawiony na Kresach. A więc i ja, mimo że urodziłam się we Wrocławiu, czułam się tu przez większość czasu gościem; czułam, że nie do końca tu należę, nie do końca jestem u siebie. Po prostu dlatego, że moja babcia nigdy Wrocławia nie zaakceptowała jako swojego miejsca na Ziemi.
W tym momencie od razu przypomniała mi się postać z powieści „Kotlina” Agaty Kunderman, która cały czas tęskni za tamtym domem, tamtą łąką, tamtą rzeką…
Jeszcze nie czytałam, nadrobię. Jednak to dokładnie coś takiego. Zwłaszcza że moja babcia drogi do Wrocławia i osiedlenia się tutaj nie wybrała, więc był w niej ciągły żal i tęsknota za tym, co utraciła na zawsze. Od niej wzięłam to poczucie tymczasowości. Jak się okazało – wiele osób i rodzin miało podobnie, jak moja rodzina.
A jest moment graniczny, w którym poczułaś, że Wrocław jest Twoim domem?
Tak, myślę, że to się wydarzyło po napisaniu „Ziem obiecanych”. Wtedy właśnie dotknęłam bezpośrednio okresu tworzenia się we Wrocławiu społeczności po II wojnie światowej. Zetknęłam się z najróżniejszymi publikacjami, świadectwami, wspomnieniami, zdjęciami, które przedstawiały niezwykle różne motywacje i przyczyny przybycia na Dolny Śląsk i do Wrocławia, różne bagaże doświadczeń. Czytając relacje, wspomnienia, poczułam, że nie jestem sama, że jestem częścią większego doświadczenia społecznego. To pomogło mi oswoić miejsce, w którym się urodziłam i w którym żyję. Ta książka bardzo wiele mnie kosztowała, pisałam ją dwa lata i podczas tego procesu zrozumiałam, że to jest moje miasto, które coraz lepiej znam, choć wciąż dowiaduję się o nim czegoś, co mnie zaskakuje.
W „Ziemiach obiecanych” oddajesz też głos niemieckim mieszkankom Wrocławia i opisujesz to, co działo się z nimi po 1945 roku. Do niedawna jeszcze to był temat tabu. Raczej się go nie poruszało w kontekście krzywdy niemieckiej ludności cywilnej.
Ludność cywilna zawsze płaci cenę za wojnę. Niezależnie od tego, kto ją wywołał. Bardzo mi zależało na tym, aby to podkreślić. Nie jest moją intencją porównywanie jednej krzywdy do drugiej. To niemożliwe. Nie ma też usprawiedliwiania dla przemocy i zła. Jednak historia nie jest czarno-biała, a mieszkańcy danego kraju nie mają zwykle łatwych wyborów. To nie jest tak, że ci byli dobrzy, a ci źli. I nigdy tak nie było. Jako ludzie – globalnie – mamy skłonność do mocnych ocen, ostrych podziałów. To nam porządkuje świat, tłumaczy rzeczywistość, z kolei nie lubimy sytuacji czy zjawisk, nad którymi trzeba się zastanawiać. Lubimy dostać proste rozwiązania. A historia nigdy nie jest prosta. Trzeba o tym pamiętać, że po każdej stronie były ofiary. Zwłaszcza kobiety i dzieci tracą zawsze niezależnie od tego, po której stronie frontu się znajdują. Kobiety i dzieci są najbardziej narażone na przemoc, w przypadku dzieci – są to osoby najbardziej bezbronne. I padają ofiarą odreagowania wściekłości strony przeciwnej.
Dokładnie tak się działo, gdy na teren Breslau wkroczyła Armia Czerwona. Żołnierze mieli pozwolenie na to, aby dopuszczać się zbrodni. Mogli odreagować swoją frustrację wojenną, seksualną. Dlatego Niemki w Breslau przeszły piekło. Nie można mówić: dobrze im tak, to Niemcy i sami sobie ten los wybrali. To niesprawiedliwe uproszczenie. Historia to jest skala szarości, niuanse. Chciałam, zależało mi na tym, aby oddać głos cywilom i pokazać wojnę od strony zwykłych ludzi, doświadczających konsekwencji decyzji, których nie podejmowali. Poza tym wszystkim fakt jest też taki, że Wrocław nie zaczyna się w 1945 roku, a to wpływa także na to, jak wygląda dzisiaj. Trzeba znać tę historię i o niej pamiętać. Mam nadzieję, że mi się to udało.
Miałaś informacje zwrotne od czytelników?
Czasem dla mnie zadziwiające. Kiedyś pewna osoba, też zresztą pisząca, zarzuciła mi, że bohaterka „Miasta w płomieniach” (przypomnę, akcja dzieje się w 1945 roku i postać przedziera się przez płonące Breslau), rozpacza nad losem dzieci w Festung Breslau, a nie widzi cierpienia dzieci w obozach koncentracyjnych. Ale ta postać nie miała wtedy prawa wiedzieć o obozach, ci ludzie, mieszkający wówczas w Festung Breslau nie mieli o tym pojęcia. Gdybym włożyła w jej głowę takie myśli, byłoby to niewiarygodne, to nie ten moment w historii. Bardzo mi zależy na tym, aby moje powieści osadzać na faktach.
Zróbmy woltę czasową i z „Ziem obiecanych” przenieśmy się do Wrocławia z początku lat 80. XX wieku. „Seks, kłamstwa i PRL” to książka, która zaskoczyła wielu Twoich czytelników. Jest w niej sporo satyry, ale i mnóstwo faktów z tamtych czasów. Jak Ty pamiętasz PRL i ile z tych wspomnień jest w twojej powieści?
Dość sporo. W czasie, gdy toczy się akcja książki (1981-1983), byłam dzieciakiem około siedmioletnim. Na tyle już dużym, żeby sporo zapamiętać, ale właśnie z dziecięcego punktu widzenia. Najbardziej pamiętałam utrudnienia: mama i babcia zmieniały się podczas stania w kolejkach, wszystkiego brakowało w sklepach, panowała powszechna szarzyzna. Pamiętam też to, że najbardziej ulubioną sąsiadką i cieszącą się największym szacunkiem była kierowniczka sklepu mięsnego. Wiadomo, czerpała z tego profity.
I był trzepak na każdym podwórku, miejsce zabaw dzieci.
Trzepak, oczywiście. Wiem, że teraz jest moda na nostalgię za latami 80. XX wieku, ale dla mnie to nie był jedynie czas gum Donald, kolekcjonowania kolorowych puszek. Nie mam na jego temat wyłącznie pastelowych wyobrażeń.

A skąd pomysł na tę konkretną historię?
Inspirację znalazłam w teczkach Instytutu Pamięci Narodowej, które przeszukiwałam z własnych, prywatnych powodów. Sięgnęłam do teczki osoby poszkodowanej i tam natrafiłam na pamiętnik człowieka, który spisywał swoją codzienność w PRL-u. Pomyślałam, że to może być dobry punkt wyjścia do napisania powieści.
Głównym bohaterem powieści jest Witold, artysta malarz, niezbyt wierny mąż i w sumie niezbyt miły człowiek. Trudno go – szczerze mówiąc – polubić, choć zdarzają się momenty, że można mu współczuć. Czy ta postać w czasie tworzenia cię denerwowała? Irytowała?
Nie lubiłam go. Zapytam jednak inaczej. Nikodem Dyzma? Czy to jest bohater napisany po to, aby go lubić? Nie, on powstał po to, aby pokazać jakieś zjawisko. To oczywiście jest dla autorki czy autora ryzykowne, bo zwykle czytelnicy lubią utożsamić się z bohaterem, chcą kibicować w jego poczynaniach. Tu mamy sytuację odwrotną, ten bohater ma nas drażnić, wkurzać i zmusić do refleksji. Osoba, która redagowała moją książkę, napisała mi, że nie polubiła głównego bohatera. Bardzo się ucieszyłam, bo to znaczyło, że osiągnęłam cel. Witold ma wiele wad. Dzięki temu, że taki jest, mogłam pokazać mechanizmy inwigilacji, manipulacji, kłamstw. Myślę, że nie ma nic gorszego niż idealny bohater, który na przekór wszystkim zbawia świat. To dość nudne!
Nie byłabym sobą, gdybym nie zapytała o kobiece postacie w tej powieści, bardzo charakterystyczne. To żona Witolda, pielęgniarka Hanna i dwie jego kochanki. Czy te postacie miały jakieś pierwowzory czy urodziły się z wyobraźni?
Zdecydowanie z wyobraźni. Oczywiście w przywołanym wcześniej pamiętniku były zapiski o tym, że na przykład jakaś pani odwiedziła zapisującego te wspomnienia w pracowni i nawiązał się między nimi romans. Ale tam jest tylko tyle, nie ma imion, nie ma żadnych głębszych opisów. Musiałam więc te postacie wymyślić i osadzić w fabule.
To dwie wyraziste kobiety: jedna jest wygadaną sprzedawczynią w Pewexie, a druga artystką-hippiską.
Musiały być takie. Zależało mi na tym, żeby wpisały się w konkretne role przy Witoldzie.
Warto poznać bliżej wszystkie te postacie i może skonfrontować własne wspomnienia, sięgając po „Seks, kłamstwa i PRL”. A jeśli już mowa o czytaniu, to dodam, że prowadzisz także podcast „Pisarski backstage. Dla tych którzy kochają książki i nie boją się wiedzieć więcej – o pisaniu bez przemilczeń i lukru”. Ostatni odcinek dotyczył tego, czy warto czytać wszystkie książki. Jarosław Iwaszkiewicz twierdził, że „warto czytać wszystko, jeśli wyciąga się z tego jakąś naukę”. To warto, czy jednak nie warto?
Jest taki wiersz Barańczaka, który bardzo lubię, zacytuję jeden z wersów „jeżeli książki, to tylko te, które można unieść w pamięci”. Nie, nie warto czytać za wszelką cenę. Życie jest za krótkie, żeby czytać kiepskie książki (śmiech). W mediach społecznościowych funkcjonuje taki hasztag #czytamwszystko. Absolutnie się z tym nie zgadzam. Jeśli mamy przeczytać kiepską książkę, to lepiej obejrzeć dobry film. Warto przy tym pamiętać, że literatura to miecz obosieczny i bardzo bardzo potężne narzędzie. Bardzo zależy mi na tym, abyśmy my, pisarze i pisarki zdawali sobie sprawę z tego, jakie narzędzie mamy w rękach, jaką bronią dysponujemy. Jeśli chłoniemy kiepskiej jakości książki, to nie jest dla nas – czytelników – dobrze. Dam przykład – jeśli wejdziesz do pokoju, w którym nieładnie pachnie, to po pewnym czasie się przyzwyczajasz i już tego nie czujesz. Tak samo rzecz się ma z kiepską literaturą, po pewnym czasie już nie czujesz, że czytasz coś słabego, banalnego, źle napisanego. Przyzwyczajasz się do tego poziomu. Nie chcesz sięgnąć wyżej.

Na ostatnim festiwalu #Wrocławczyta w czasie debaty „Audiobook, ebook czy papier” padło z sali takie stwierdzenie – akurat w odniesieniu do młodych czytelników, czytelniczek – niech czytają byle co, potem wezmą się za bardziej wartościowe książki. Byleby czytali. Z takim stwierdzeniem się jednak nie zgadzasz?
Absolutnie się z tym nie zgadzam. Ktoś, kto się przyzwyczai się do bylejakości, nie będzie odczuwał potrzeby, żeby sięgnąć po coś lepszego. Po co ma to robić, skoro nie wie, że istnieje lepsza literatura? Nie wie, że istnieją książki, które dadzą mu coś więcej niż krótki dopaminowy strzał. Marna książka nie rozwija, sprawia, że czytelnik nie stawia wymagań twórcom. Uważam, że trzeba stawiać wymagania pisarzom, pisarkom, po to właśnie, żeby stopniowo uzdrawiać rynek literacki, który jest chory, zżerany przez zalew kiepskiej jakości książek. Książka stała się towarem, liczy się potencjał sprzedażowy, a nie jakość. Jestem przekonana, że samo czytanie to jeszcze za mało. Oczywiście, książki rozrywkowe są super, jeśli są dobrze napisane. Natomiast literatura jest czymś więcej niż tylko źródłem rozrywki. Książka ambitniejsza zmusza do zajęcia pewnej postawy. Dlatego wszelkie reżimy pierwsze, co robią, to nakładają kaganiec na publikację, wprowadzają cenzurę.
A niektóre nawet palą książki.
Gdzieś przeczytałam: nie palcie książek, piszcie własne. Ale takie sytuacje nie dzieją się bez powodu. Literatura to sposób kształtowania umysłów i kreowania rzeczywistości. Może być niebezpieczna i obalać rządy.
Zapowiedziałaś już następną książkę, która ma być kolejnym zaskoczeniem. Tak lubisz zaskakiwać czytelników i czytelniczki?
Oczywiście, żeby się im nie nudziło. Jednak przede wszystkim lubię sama sobie stawiać wyzwania. Nie lubię powtarzalności, może dlatego nie napisałam dotąd żadnej serii, chociaż niektórzy za taką uważają „Neon Cafe”. Wolę wycinać własną ścieżkę w buszu i iść drogami, którymi dotąd nie szłam. Dlatego chętnie eksperymentuję.
A co na to wydawca?
Zaakceptował. Nie ukrywam, że ta decyzja mnie zaskoczyła, bo wiąże się jednak z pewnym ryzykiem. W moim dorobku będzie to zdecydowanie nowość.
Kiedy będzie można przeczytać efekt tej próby?
Terminu nie mogę jeszcze zdradzić, ale to już niedługo. Książka obecnie jest na etapie redakcji.
Dziękuję za rozmowę!
http://malwinaferenz.pl/ – na tej stronie znajdziecie więcej informacji o Malwinie Ferenz, pisanych przez nią książkach oraz dostęp do podcastu.
Podcast znajdziesz na Spotify: https://spotify.com/pisarskibackstage
Spotkałyśmy się w Garden Cafe https://www.facebook.com/gardencafewroclaw, serdecznie dziękujemy za gościnę, pyszną kawę, ciacho i ciszę na tarasie, umożliwiającą nagranie wywiadu.

















