W Szwajcarii odnalazłam siebie i spokój

Estera Laskowska: Jak dziewczyna z małej miejscowości Pławna na Dolnym Śląsku znalazła się w Szwajcarii nad Jeziorem Bodeńskim?
Małgorzata Bednarzewska: To nowe miejsce do życia, zawdzięczam mojemu mężowi Maćkowi. To on w czerwcu 2007 roku przyjechał tutaj za namową i z pomocą kolegi do pracy jako spawacz. Ja z córka Alą przyjechałyśmy do niego już na cały sierpień, bo choć Maciek był tutaj dopiero dwa miesiące, już wiele w Szwajcarii zobaczył, był zachwycony i chciał, abyśmy te miejsca także zobaczyły. Po tym miesiącu ja byłam już tak zauroczona tym miejscem, że nie chciałam stąd wyjeżdżać.
A co wtedy robiłaś w Polsce?
Mieszkałam w Pławnej na Dolnym Śląsku i pracowałam na czarno z Niemczech. Skończyłam liceum handlowe i wtedy w Polsce było ogromne bezrobocie. A nawet jakbym znalazła pracę w Jeleniej Górze, nie miałabym jak do niej z mojej Pławnej dojechać. Udało mi się znaleźć dorywcze zajęcie w Berlinie i tam spędzałam tydzień w miesiącu.
Rodzice prowadzili pensjonat, więc kiedy mogłam, to im także pomagałam – zajmowałam się gośćmi, praniem i gotowaniem. Nie było łatwo.
Przed wyjazdem męża do Szwajcarii nie było nam łatwo finansowo. To był naprawdę trudny czas w Polsce, więc mąż jeździł za pracą najpierw w okolicy, a potem po Europie. A my chcieliśmy już być wszyscy razem.

PIERWSZA PRACA
I czy po tej pierwszej wizycie w Szwajcarii u Maćka już zostałyście tam na stałe?
Jeszcze nie, bo Ala musiała iść do szkoły, do trzeciej klasy. Ale postanowiliśmy, że córka skończy jeszcze tę klasę, a potem we dwie pojedziemy do Maćka. Ja miałam w planie od razu szukać pracy, bo nie planowałam tam leżeć i pachnieć, ale los zdecydowałam inaczej i życie nas trochę pospieszyło.
Przyjechałyśmy do Maćka na ferie świąteczne, po Nowym Roku miałyśmy wracać do Polski, bilety były kupione na 3. stycznia i tego dnia rano dzwoni do mnie Maciek i pyta, czy mogę szybko przyjechać do niego do firmy, bo jego szef chce mnie widzieć?
Podjechałam tam i faktycznie szef z siostrą mnie przywitali i mówią, że szukają pracowników, a wiedzą, że ja szukam pracy. Lekko się zdziwiłam i mówię im, że to chyba nieporozumienie, bo ja zaraz wracam do Polski. I powiedziałam wtedy, że mam w planach wrócić do Szwajcarii, ale jak córka skończy trzecią klasę, a szef mówi do mnie, że córka może tutaj iść na drugi semestr do szkoły.
Bardzo mnie to zaskoczyło, bo po tylu latach bezrobocia w Polsce ktoś mnie nagle pyta, kiedy ja mogę zacząć pracę. No czułam, że los mi sprzyja i złapałam tę okazję. Nie pytałam nawet ile płacą.
I kiedy zaczęłaś pracę?
Oni dali mi termin rozpoczęcia pracy na połowę lutego i tyle miałam czasu na załatwienie papierów i przeprowadzkę. Po tej rozmowie z szefostwem poszłam do Maćka i mówię: Maciek, mam pracę!
Dla mnie największym szokiem było to, że oni mnie nie znali, a od razu dali mi umowę do podpisania. Polacy mieli wtedy świetną renomę jako spawacze. Byli państwu bardzo potrzebni, bo wtedy nie było w Szwajcarii spawaczy, bo nie można się było kształcić w zawodzie.
Jaka była twoja pierwsza wypłata na rękę?
Dostałam ok. 2600 franków. Dla mnie to była niezła kasa, choć dziś wypłaty są całkiem inne. Ale ważniejsza była umowa o pracę. To była moja pierwsze w życiu legalna praca. Dopiero w wieku 33 lat zaczęłam składać na emeryturę. To był przełom w moim życiu.

A gdzie pracujesz teraz?
Od prawie 15 lat pracuję w firmie Stadler, czyli w firmie, która produkuje pociągi. Do zmiany pracy namówiła mnie znajoma Szwajcarka, dziś moja przyjaciółka, Monika. Uświadomiła mi, że na swoim stanowisku kiepsko zarabiam, a byłam już po awansie. To właśnie ona zarekomendowała mnie do tej pracy. To była praca na magazynie, a ja już wtedy miałam „prawko” na wózki widłowe.
Po rozmowie z szefem umówili nas na dzień próbny. Monika była po tym dniu bardzo niezadowolona i mówiła, że w życiu nie chce tu pracować, a ja po moim dniu próbnym czułam całkiem odwrotnie, byłam zachwycona i po całym dniu pracy nadal się uśmiechałam.
To jest moje miejsce. Bardzo lubię tę pracę i nawet poszłam tutaj do szkoły, aby mieć wykształcenie w tym kierunku i móc się rozwijać. Bardzo mi się logistyka spodobała.
A ciężko było zrobić szkołę?
Szkoła była dosyć intensywna. Najgorzej było z prawem i gospodarką, wiele regułek do zapamiętania, a mózg zawsze myśli najpierw po polsku. Poza tym nigdy w takim kierunku się nie uczyłam. Ale szkoła dużo mi dała i dzięki niej mogłam awansować.
ŻYCIE EMIGRANTKI
A co powiedziała córka na przeprowadzkę do Szwajcarii?
Tak szczerze mówiąc, dopiero teraz po czasie i rozmowach z nią, wydaje mi się, że my nawet jej nie pytaliśmy, czy chce. Jej się bardzo podobało w Szwajcarii i bardzo tęskniła za tatą, bo pierwsze 10 lat naszego małżeństwa i Ali dzieciństwa były bez Maćka, ponieważ on zawsze pracował w rozjazdach. Więc dla nas to było wyjątkowe, że w końcu będziemy razem. Dla nas największym zaskoczeniem bylo to, że Alicja po 17 latach życia w Szwajcarii wróciła do Polski, bo się w niej ponownie zakochała.

2. lutego przeniosłyśmy się do Arbon nad Jezioro Bodeńskie, przywiózł nas mój tatuś i zaczęłam załatwiać papiery. Z tym też miałam trochę zachodu, bo kanton, w którym mieszkaliśmy, był bardzo powolny w wystawianiu pozwoleń na pobyt i pracę, więc na swoje pozwolenie czekałam sześć tygodni i nie mogłam w tym czasie pracować. Więc ci mili ludzie w tej fabryczce czekali na mnie i personalna co tydzień dzwoniła i mnie pocieszała, że oni nadal na mnie czekają.
Czy córka przez przyjazdem do Szwajcarii umiała mówić po niemiecku?
Niezbyt. Zapisałam ją na korepetycje w Polsce, ale niewiele się tam nauczyła. Jak poszła do szkoły i dzieci zasypały ja gradem pytań, to koniec świata. Ale samo przyjęcia przez uczniów było niezwykle miłe i wzruszające. Kiedy zbliżałyśmy się do szkoły zauważyłyśmy, że dzieci biegają po boisku z białymi kartkami. Jak podeszłyśmy bliżej, one zaczęły się pytać, czy to Aliszja? Kiedy się okazało, że tak, odczytały z kartek po polsku kilka zwrotów: „Dzień dobry”, „Jak się masz?”. Okazało się, że dzieci wiedziały, że przyjdzie dziewczynka z Polski i pięknie się na nią przygotowały.
Już w drugim tygodniu szkoły Alicja zniknęła na jakiś czas i okazało się, że była u koleżanki. Szybko nauczyła się języka, ale to ułatwiał też system, bo miała w szkole indywidualne lekcje z niemieckiego w ramach szkoły.
Co wiedziałaś o tym kraju przed przyjazdem tutaj?
Nic. Dosłownie myliłam Szwajcarię ze Szwecją. Mówiło się, że to kraj uporządkowany i że można tutaj dobrze zarobić. Ale nie miałam pojęcia, jak wygląda życie tutaj. Nie był to popularny kierunek.
Szwajcarię kojarzyłam z czekolada, serem, zegarkami i bogaczami. A poszłam do pracy i okazało się, że to kraj jak każdy inny, z ludźmi takimi jak wszędzie.
Czy wtedy było łatwiej żyć i znaleźć pracę w Szwajcarii obcokrajowcom?
Na pewno tak. Było mniej ludzi z zewnątrz, a Szwajcaria potrzebowała fachowców. Ale nawet popatrz na mnie, myślę, że dziś nie byłoby tak łatwo znaleźć pracę, jak mi wtedy, tak naprawdę „na ulicy”. Wiem, że teraz dużo ciężej znaleźć etat. Widzę to u mnie w firmie.
Mówiłaś już po niemiecku, kiedy przyjechałaś do Szwajcarii. Ale tutaj gdzie mieszkasz, raczej na co dzień i w pracy mówi się po szwajcarsku. Gdzie się nauczyłaś tego języka?
Najwięcej jednak w pracy. Jeśli znasz niemiecki jest dużo łatwiej, bo szwajcarski jest taką skróconą wersją niemieckiego.
A jak się czujesz w Szwajcarii jako emigrantka? Czy ktoś daje Ci odczuć, że nie jesteś „swoją”?
Raczej nie. W pracy i na co dzień czuję się zupełnie jak w domu. Miałam może jedną sytuację z panem w urzędzie podatkowym, ale to nie ja jedyna, on był po prostu uprzedzony do obcokrajowców.

A masz znajomych Szwajcarów?
Tak mam. Przeważnie z pracy, ale nie tylko.
A da się z nimi przyjaźnić, czy to raczej jest na dystans?
Na pewno są bardziej uporządkowani i chyba właśnie tak mocno się z obcokrajowcami nie przyjaźnią. Żyją bardziej rodzinnie, w swoich kręgach. Ale są wyjątki, bo Monika i jej mąż Paolo zostali naszymi serdecznymi szwajcarskimi przyjaciółmi.
ŻYCIE CODZIENNE
Jak wygląda twój dzień, tydzień?
Tak naprawdę to żyję pracą i podróżami. W tygodniu pracuję do 16 godziny. Po pracy załatwiam zakupy, gotowanie, sprzątanie, niekiedy gdzieś blisko pojadę, odwiedzę polskich znajomych, bo poznałam tutaj wiele wspaniałych osób z Polski i tworzymy zgraną paczkę i zawsze jest nam przykro, jak ktoś opuszcza Szwajcarię i nas.
Weekendy spędzamy z Maćkiem w trasie. Rzadko zostajemy w domu. Lubimy jeździć motorami i rowerami, leżeć nad jeziorem i spać w aucie, jesteśmy bardzo aktywni.
Jak byliśmy młodsi to w piątek pracowaliśmy krócej, wsiadaliśmy w auto i spędzaliśmy weekend np. we Włoszech. W sumie nadal tak robimy, ale teraz już na motorach.
Szwajcaria to piękny kraj sam w sobie ma wiele do zaoferowania, ale to też dobra baza wypadowa. Blisko są inne równie piękne kraje, gdzie jeździmy na narty, na wakacje – Włochy, Francja, Lichtenstein, Niemcy.
Wiem, że zwiedzacie od lat Szwajcarię i poznajecie jej uroki. Poleć nam jakieś TOP 3 najpiękniejszych miejsc tutaj.

Na pewno region Interlaken, choć uważam, że byliśmy tam za mało razy i mamy jeszcze trochę do odkrycia. To jezioro i różnorodność przyrody robią wrażenie.
Drugie kierunek to włoskojęzycznym kanton Tessin. Kiedy u nas nad Bodeńskim jest jeszcze końcówka zimy i szarość, tam już wiosna w rozkwicie i temperatury prawie letnie. Słońce grzeje, rozbierasz się do sweterka i pijesz kawkę nad Jeziorem Maggiore lub Como.
I bardzo lubimy kanton, który jest blisko nas, czyli Appenzell. Możemy tam wyskoczyć spontanicznie, jeśli tylko mamy ochotę na spacer. Za każdym razem zachwyca Hohenkasten czy Jezioro Seealpsee. Wystarczy inne światło i już robi się magicznie.
A skąd wziął się pomysł na motor? Grubo po 40 zrobiłaś prawo jazdy na jednoślady. Czy to było jakieś niespełnione marzenie?
W sumie to dzięki Maćkowi. Ala była już duża i spędzałyśmy ze sobą dużo czasu, jak to dziewczyny, jakieś zakupy, wyjazdy. I Maciek wtedy wpadł na pomysł, że może zrobiłby prawo jazdy na motor, to by sobie jeździł, kiedy nas nie ma. Bo się trochę bez nas nudził.
Ja jako panienka marzyłam o skuterze Honda. Ale nigdy się go nie doczekałam. I potem zapomniałam całkowicie, że go w ogóle pragnęłam.
Maciek zrobił prawo jazdy na motor, wzięłam z szafy kurtkę skórzaną i pojechaliśmy. Woził mnie tak jakiś czas, ale zauważyłam, że jak już wracaliśmy z wypraw, to mi się na tym motorze chciało spać. W wtedy Maciek mówi: wiesz, jakbyś miała swój motor, to by było inaczej. Początkowo jakoś nie byłam zapalona do tego pomysłu, ale Maciek znalazł dla mnie piękny motor i mi go kupił i już nie było odwrotu, zapisałam się na prawo jazdy i przepadłam. Potem prawko na motor zrobiła Ala i tak jeździliśmy w trójkę.

Ciężko jest zrobić prawo jazdy na motor w Szwajcarii?
Tak. Ale też ważne jaki masz motor, bo zdajesz na swoim motorze (lub pożyczonym od znajomych). Więc jeśli jest nieskrętny, twardy, jest bardzo ciężko na placyku.
Jeśli masz prawo jazdy na samochód, to nie musisz już robić teorii. Wykupujesz tylko jazdy. Warto dokupić sobie dodatkowe lekcje, bo wtedy masz większe szanse na zdanie. Patrzą na to, jak objeżdżona jesteś.
Tutaj egzaminator siedzi z tobą na motorze, to największa różnica między egzaminem w Szwajcarii a w Polsce. Od zrobienia kursu masz rok na zdanie egzaminu, więc fajne jest to, że przez ten czas możesz już jeździć motorem, ale tylko sama.
Gdzie najdalej wybraliście się na motorach?
Na Sardynię. Część trasy promem, ale resztą właśnie motorem.
PLUSY I MINUSY ŻYCIA W SZWAJCARII
Jakie są największe plusy życia tutaj?
Mi pasuje ten ich porządek i przewidywalność. Daje mi to poczucie bezpieczeństwa. Lubię to, że mam plan na kolejny rok, wiem kiedy będę miała urlop, mogę sobie wymarzyć, że chce spędzić pięćdziesiątkę w 5-gwiazdowym hotelu na Sardynii i to się wydarzy, bo wiem, że mnie na to stać i że mogę sobie w tym czasie zrobić wolne. I tak właśnie zrobiłam 🙂
Ta stabilizacja to dla mnie wielka wartość, bo po latach pracowania na czarno lub z rodzicami w zamian za mieszkanie, w końcu mogę o sobie stanowić i wiem, że mnie na to stać. To dla mnie bardzo ważne.
A jakie są minusy życia w Szwajcarii?
Dla wielu osób to system zdrowotny, ale ja już przywykłam do tego, że płacimy te wysokie ubezpieczenia i rachunki. Dopóki jesteśmy zdrowi, to może nas to denerwować, ale np. mój kolega został wysłany przez kasę chorych na leczenie do USA i nie zbierał na tę terapię milionów.
Z drugiej strony jest taka opinia, że lekarze mało fachowo podchodzą do pacjenta. Wielu moich znajomych miało po zabiegach komplikacje i zakażenia. Kiedy jesteś przeziębiony wszystko leczą lekiem przeciwbólowym. Trzeba być naprawdę zaciętym, żeby dostać coś więcej, np. badania lub inne leki.
Każda wizyta u lekarza kosztuje, więc dają zwolnienia na 3 dni, potem idziesz po kolejne i płacisz za kolejną wizytę.

A co byś poradziła osobie, która dziś chciałaby przeprowadzić się do Szwajcarii?
Po pierwsze to poleciłabym grupę na Facebooku, której nie było w czasach naszej przeprowadzki, czyli „Polacy w Szwajcarii”. Tam można się podpytać i poczytać, jak się tutaj życie i jak wygląda sytuacja na rynku pracy.
Jeśli planujesz pracę fizyczną, to radziłabym znać podstawy niemieckiego, bo szef nie będzie z tobą gadał po angielsku. Ten język sprawdzi się w pracy biurowej.
Oczywiście ja mieszkam w niemieckojęzycznej części, ale myślę, że podobnie jest we francuskiej i włoskiej części.
Czy Szwajcaria jest twoim miejscem na ziemi?
Na tę chwilkę tak. Na razie jestem tu szczęśliwa. Ale emeryturę chyba spędzę w jakimś bardziej słonecznym i tańszym kraju. Nie myślę o powrocie do Polski, no chyba, że się wiele zmieni. Na pewno nie wrócę w rodzinne strony.
Dziękuję za rozmowę i pokazanie mi twojego miejsca na Ziemi.
Zdjęcia: archiwum prywatne, Estera Laskowska i Depositphotos












