O literaturze, emocjach, zapachach, smakach i o tym, jak powstawała książka – od marzenia do osiągnięcia celu

O literaturze, emocjach, zapachach, smakach i o tym, jak powstawała książka – od marzenia do osiągnięcia celu – rozmowa z Natalią Bąk, autorką „Komorebi. Atlas czucia” i założycielką wydawnictwa Amae. Przepytywali: Olga Szelc (Blog „Książki pod ręką”) i Jacek Myszkowski (Blog „Książki z Wrocławiem w tle”) – podczas 51 Środy Literackiej w Centrum Aktywności Lokalnej na wrocławskich Maślicach.
Jacek Myszkowski: Dzisiaj świętujemy premierę książki „Komorebi. Atlas czucia”. Zanim jednak opowiemy o samej publikacji, chciałbym zapytać o to, jak się poznałyście z Olgą, bo historia o tym też znajduje się w powieści. To było takie miejsce, gdzie, jak piszesz: każdy był mile widziany. Klub „Neon Cafe”. Masz już na koncie dwanaście tytułów – to spory dorobek. Dlaczego postanowiłaś pisać i wydawać książki? Czy to było marzenie z dzieciństwa, czy pisanie przyszło do Ciebie z czasem już w dorosłym życiu?
Natalia Bąk: To prawda. Była kiedyś taka kawiarnia na Kiełbaśniczej, gdzie spotkałyśmy się zawodowo. I ten fragment powieści – nie bezpośrednio – ale opowiada o mnie i o Oldze. Warto tu dodać, że chociaż „Komorebi” nie jest autobiografią, zawiera jednak sporo wątków autobiograficznych. Początkowo miała to być książka tylko dla mnie, przyjaciół i rodziny, bo napisałam ją na swoje 40 urodziny. Okazało się, że tych bliskich i przyjaciół zrobiło się wielu, co mnie bardzo cieszy. Niemniej wplotłam w nią historie, które wydarzyły się przez te 40 lat i były dla mnie ważne. Pracując nad książką, nie wiedziałam, jak potoczą się jej dalsze losy. Nie było wtedy jeszcze waszych patronatów, nie planowałam dużego nakładu. Nie mogłam przypuszczać, że tak się stanie. Ale – wracając do kawiarni, w której się poznałyśmy – to był rzeczywiście mocno wspierający się babiniec. Miałam wtedy 23 lata, studiowałam, a Olga była starszą koleżanką z pracy. Bardzo dobrze wspominam tamte lata. Wtedy nauczyłam się, że inne kobiety potrafią być wsparciem. Takich kobiet w swoim życiu każda z nas potrzebuje. Czas pokazał, że to się sprawdziło i w przyszłości.
Olga Szelc: Natalia napisała powieść na swoje 40 urodziny. I chyba nie ma przypadków. Niemal szesnaście lat temu – mając wówczas 40 lat – odważyłam się rzucić pracę w wydawniczej korporacji i zacząć pracować w zupełnie innym, nowym miejscu – w kawiarni. Czas więc zatoczył koło, widocznie 40 lat to taki moment przejścia, w którym poszukujemy nowych dróg i mamy odwagę nimi pójść. Kawiarnia już nie istnieje, ale zostało doświadczenie oraz świetny przepis na tiramisu. Chciałam jednak teraz nawiązać do tego, co w książce mnie mocno zainteresowało – bo są w niej odniesienia do kultury Japonii, japońskiego sposobu myślenia i filozofii życia. Dlatego część swoich pytań postanowiłam oprzeć na haiku.
„Stary staw
żaba skacze do wody
plusk”
(Matsuo Bashō)
To haiku opowiada o chwili, która trwa, o tu i teraz. Czy miałaś takie momenty, które stały się zalążkiem powieści?
Natalia: Może zacznę od wyjaśnienia słowa, które pojawia się na okładce, czyli Komorebi. To japońskie słowo określa zjawisko przenikania promieni słonecznych przez liście drzew. Rzeczywiście, w mojej powieści pojawia się sporo japońskiego sposobu patrzenia na świat. Inspiracją były dla mnie zajęcia, które miałam kiedyś na dziennikarstwie na Uniwersytecie Wrocławskim. Jeden z profesorów – Michael Fleischer – wspaniale opowiadał o Japonii, o rytuałach, filozofii. Nauczyło mnie to, że na świat, na relacje można patrzeć inaczej. Oczywiście, nie da się przełożyć tego bezpośrednio na naszą kulturę, ale myślę, że możemy czerpać z tego odmiennego spojrzenia. Niektóre słowa japońskie dobrze oddają nasze uczucia. Jeżeli dla kogoś będzie inspiracją, żeby na własne emocje, samotność, relacje spojrzeć inaczej niż dotąd – to będzie sukces tej książki. Czy ja sama przy pisaniu miałam takie momenty? Myślę, że każdy rozdział jest taką właśnie chwilą. „Komorebi” można czytać z pominięciem fabuły, bo w niej mieszczą się chwile, samotności i uczucia.
Jacek: Twoje bohaterki przeżywają samotność, miłości, wahania, wyzwania w codziennym życiu. Zastanawiałem się, czy „Komorebi” jest tylko dla kobiet? Nie, uważam, że to jest powieść dla każdego czytelnika. Odkrywałem na kartach Twojej powieści fragmenty własnego życia, chociaż się wtedy jeszcze nie znaliśmy. Choćby wówczas, gdy jedna z bohaterek – Marta – wsiada na rower i postanawia sprawdzić się na dystansie na 100 km. A potem się spotkaliśmy i powiedziałem ci o tym, że organizuję Maślicką Setkę. W każdej z bohaterek odnajdywałem trochę siebie i trochę Ciebie.
Natalia: To prawda, jest mnie trochę w każdej bohaterce. Ale żadna nie jest mną. Na przykład jeśli chodzi o sport. Sport jest dla mnie – podobnie jak dla Marty – ważny. Chociaż do niedawna lubiłam takie – jak mówił mój mąż – „leniwe dyscypliny”: jogę, narciarstwo zjazdowe, jazdę konną. Ale od pewnego czasu postanowiłam przekraczać swoje granice, także te fizyczne. To zaowocowało przebiegnięciem półmaratonu i przejechaniem 100 km na rowerze. Okazało się, że dało mi to mnóstwo frajdy, ale też przestrzeń do wyznaczania sobie kolejnych celów.
W sporcie podoba mi się to, że praca przekłada się na efekty. Jeśli będziemy sumiennie ćwiczyć, prędzej czy później osiągniemy cel. Sport uczy też cierpliwości, bo przecież nie przebiegniemy półmaratonu od razu. Ja przygotowywałam się do tego półtora roku. A kiedy pisałam książkę i zakładałam wydawnictwo, to właśnie sport mi pomógł – bo już wiedziałam, że osiągnięcie celu wymaga czasu, cierpliwości i konsekwencji.
Jacek: Sport uprawiasz sama czy raczej wolisz zmagania w grupie?
Natalia: Zawsze wolę działać z ludźmi, bo dużą wartością jest dla mnie wzajemne wsparcie. Nie zawsze je miałam. Jako dziecko marzyłam, żeby chodzić do szkoły muzycznej, ale moi rodzice nie wsparli tego pomysłu. Jako dwunastolatka sama poszłam się w końcu zapisać, sama poszłam na egzamin i ostatecznie tę szkołę muzyczną skończyłam. To była pierwsza lekcja samodzielności. Skuteczna, ale dość gorzka. Teraz, w dorosłym życiu, jeśli znajdują się osoby, które chcą coś ze mną robić, wiem, że razem jest łatwiej i przyjemniej. To jest coś fantastycznego – i nadal nie jest dla mnie czymś oczywistym. Potrafię działać sama, ale jeżeli miałabym wybierać, zawsze chciałabym realizować cele z kimś obok.
Jacek: Zawsze zatem zapraszam na wyprawy rowerowe.
Olga: To świetnie, że mówimy w tym kontekście o relacjach, bo mam do tego pasujące haiku.
„Pod kwiatami wiśni
nie ma obcych
wszyscy są gośćmi”
(Kobayashi Issa)
Dla mnie to z kolei haiku opowiada o dobrych, karmiących relacjach, o miejscu, które przyjmuje każdego. Twoje bohaterki się w takich życzliwych relacjach odnajdują, chociaż każda z nich mierzy się z problemami i wyzwaniami, jakie stawia przed nimi życie. Czy dla Ciebie – „życzliwa otulina ludzka”* jest lub może być lekarstwem na samotność?
Natalia: W mojej książce rzeczywiście pojawia się wiele samotności. Samotność jest też tym, co mnie bardzo bolało – kiedyś, chociaż dzisiaj mam rodzinę i przyjaciół. Dzisiaj nie jestem tu sama, jest ze mną mąż, córka, przyjaciele. Chciałam jednak podkreślić to, co bywa obecnie codziennością wielu osób. To właśnie samotność. Mamy mnóstwo znajomych na mediach społecznościowych, ale często, gdy dzieje się coś istotnego – po prostu nie mamy komu o tym opowiedzieć, z kim o tym porozmawiać, nie mamy do kogo zadzwonić. I jest scena w mojej książce, gdy jedna z bohaterek jest właśnie w taki sposób samotna. Nie ma z kim porozmawiać o tym, co jest dla niej ważne. Bardzo życzę każdemu, aby miał choćby jedną bliską osobę. Czasem wystarczy kilka minut rozmowy. Nie wyobrażam sobie, nie mieć tych kilku minut dla przyjaciół i tego, aby oni nie mieli tego czasu dla mnie.
Jacek: W jednym z fragmentów opisujesz nadmorską trasę rowerową.
Natalia: To trasa rowerowa z Darłowa do Jarosławca.
Jacek: Pochodzisz z Kołobrzegu. Czym jest dla ciebie morze?
Natalia: Myślę, że płynie mi we krwi. Kiedy się mieszka tak długo w jakimś miejscu – to jest naturalne. Chociaż teraz czuję się już Wrocławianką, to jest moje miasto i jego rytm współgra z rytmem mojego serca. Ale pochodzę znad morza, tam dorastałam, tam też zdarzyło się wiele najtrudniejszych momentów w moim życiu. Morze jednak jest dla mnie ważne i bliskie, co roku z mężem i córką wracamy nad Bałtyk i spędzamy wakacje w starym stylu w przyczepie – właśnie w Darłowie.
Jacek: W Twojej książce są także góry. Kiedy pierwszy raz je zobaczyłaś?
Natalia: Miałam wtedy może 4 latka? To były góry na Śląsku. Wakacje spędzałam w Jastrzębiu Zdroju, u mojej babci. Tam były moje ciocie, rodzina. Pierwszy raz góry zobaczyłam chyba w Wiśle, ale jako dziecko czy nastolatka niespecjalnie je lubiłam i nie bardzo chciałam spędzać w nich czas – wędrówka przede wszystkim mnie męczyła. To się zmieniło się z wiekiem. Doceniam teraz miejsca na odludziu, gdzie można się odetchnąć w przyrodzie, wejść na górski szczyt i zobaczyć wszystko z innej perspektywy. I warto się wtedy trochę zmęczyć.
Jacek: Z przyjemnością odkrywałem w książce także moje miejsca. Ja zobaczyłem góry dopiero, gdy miałem lat 15. Chciałem teraz zapytać o Samotnię. Pełni ona ważną rolę w życiu jednej z bohaterek. Kiedy dostałem od Ciebie egzemplarz książki, kilka dni później pojechałem w góry – pomyślałem – mam czas, będę czytał. I czytałem ją w Karkonoszach, a także niektóre fragmenty swojej grupie, dziewczynom z 8 klasy szkoły podstawowej. Były zafascynowane, pytały o autorkę i o książkę. Tu zdradzę… w książce pojawia się pewien deser. A Ty co najchętniej jesz w Samotni?
Natalia: Zdradzę, że z tym deserem miałam pewien kłopot. Rzeczywiście w Samotni byłam dość dawno temu. Bo kiedyś chodziłam do Samotni – samotna. To były lata, kiedy zaczęłam studia we Wrocławiu i tutaj czułam się dość osamotniona, rozstałam się wtedy z moim partnerem. Dlatego brałam plecak i szłam – właśnie do Samotni. Teraz, gdy mam już rodzinę, to – jak moja bohaterka – poszłam do Samotni już nie sama, ale z bliskimi ludźmi. Chciałam przekazać tę może banalną, ale potrzebną prawdę, że samotność jest chwilowa i warto ją czasem poczuć, żeby potem odwiedzić ukochane miejsca z kimś ważnym, bliskim, podzielić się z nim tym, co sami podziwialiśmy, czuliśmy. A jeśli chodzi o ciasto – to miała być szarlotka – ale kilka rozdziałów wcześniej już o niej pisałam, więc w tej scenie pojawia się sernik. Chociaż nie miałam pojęcia, co teraz w Samotni serwują.
Jacek: Sernik i dobrą kawę (śmiech).
Natalia: Tych smaków sporo się zresztą pojawia w książce, bo to też jest częścią atlasu czucia. Smaki, zapachy, dotyk – to wszystko jest ważne.

Olga: W „Komorebi” rzeczywiście zmysły bohaterek odgrywają ogromną rolę. Na ile dla Ciebie praktyka uważności i dostrzegania takich chwil w życiu codziennym jest istotna?
Natalia: Często skupiam się na tym, co robię w danej chwili. To nie zawsze jest możliwe i nie zawsze mi wychodzi, ale staram się, żeby tak było. Uważność to jest wartość, która jest mi bliska. Dlatego – przy okazji wydania powieści – wydrukowałam karty czucia, które do tej uważności namawiają, uwrażliwiają na nią, na to, aby w ciągu dnia znaleźć na nią czas. Popatrzeć w niebo, zamknąć oczy i poczuć słońce na skórze, wziąć świadomie oddech, to są proste rzeczy, które każdy z nas może zrobić. Odkąd mieszkam przy lesie, a to już ponad dziesięć lat, zauważyłam, że nie ma nic wspanialszego niż wyjście w naturę. Las o każdej porze roku i każdej porze dnia ma nam do zaoferowania coś nowego, ciekawego, zaskakującego. Powinno się go – moim zdaniem – zapisywać na receptę i to on nauczył mnie uważności. Jestem w lesie – o każdej porze roku – co najmniej dwa razy dziennie z psem na spacerach. Nawet kilka minut przed pracą pozwala na chwilę odetchnąć. To mi przypomina też o praktyce stosowanej w Japonii, jak wiadomo, tam pije się herbatę z czarek. Dzięki temu można poczuć ciepło naparu w dłoni, to jest też chwila, którą warto przeżyć w uważności, w tu i teraz. Wtedy można doświadczać wszystkimi zmysłami. Kiedy jestem zmęczona, kiedy dużo się dzieje, kiedy zaczynam robić za dużo i naraz, to las właśnie porządkuje mi priorytety. To po prostu darmowa terapia.
Olga: To, co mówisz, przypomniało mi, że od jakiegoś roku zaczęłam znów praktykować poranki w ciszy, bez telefonu, bez mediów, bez informacji. Jest po tym zupełnie inna jakość dnia. Poza tym, gdy – podobnie jak Ty – zapędzam się w coś – to pytam siebie: Gdzie jesteś, co robisz? Żeby wrócić do tu i teraz. Niemniej lasu za płotem „pozytywnie zazdroszczę”. Ale wróćmy do książki. Myślę, że ona nas uczy, aby w danym miejscu pobyć w uważności.
Natalia: Zauważyłam, że coraz częściej się to udaje. Miałam przed spotkaniem autorskim imprezę urodzinową i nie mam z niej ani jednego zdjęcia. Myślę, że to bardzo dobrze. To znaczy, że umiałam się skupić na przeżywaniu, na ludziach, na tym, co mnie otaczało. Cieszyłam się więc tym momentem bez rozpraszania.
A jednak, kiedy skończyłam pisać książkę, wydałam ją, zaczęłam myśleć o tym, co dalej, wymyślać projekty… i powiedziałam sobie, Natalia, stop. Naciesz się tym, co się dzieje w związku z wydaniem „Komorebi”. Zatrzymaj się, celebruj to, co ci się udało osiągnąć, przecież było to twoim marzeniem. Dlatego postanowiłam spędzić sierpień, odpuszczając plany. Jakiekolwiek planowanie odkładam na wrzesień. Musiałam to w sobie zauważyć. Mam taką tendencję: zadanie odhaczone, lecimy dalej. Chciałam to w sobie zmienić.
Jacek: „Zapach obietnicy podróży” – tak napisałaś o lotnisku, które też pojawia się w powieści. Jaką rolę w Twoim życiu odgrywają podróże? Piszesz o Rzymie, Nepalu, Tajlandii…
Natalia: Uwielbiam podróżować. Gdybym miała więcej wolnego czasu, a podróżowanie byłoby nieco tańsze, pewnie podróżowałbym więcej. Chętnie podróżuję zarówno z rodziną, ale i koleżankami, nawet w weekendy. Krótkie wyjazdy też pozwalają złapać inną perspektywę. A lotniska lubię za to, że dosłownie i w przenośni umożliwiają oderwanie się od Ziemi. W książce oprócz Rzymu, w którym byłam, pojawia się Nepal, w którym jeszcze nie byłam. Mam jednak przyjaciółkę, która wyszła za mąż za Nepalczyka, więc historię związaną z Nepalem znam z pierwszej ręki. Byłam również w Tajlandii i spotkanie z mnichem, opisane w książce, wydarzyło się naprawdę. Przed świtem wyszłam na ulicę i zobaczyłam tego mnicha. Oczywiście, nie miałam śmiałości podejść i go zapytać, dlaczego o poranku wędruje z miseczką od domu do domu. Poza tym chyba nie za bardzo mógł wchodzić w dyskusję z turystką. Spytałam o to jednak jednego z Tajlandczyków i wyjaśnił mi, że mnisi buddyjscy, wędrując z miską żebraczą, dają szansę innym ludziom na zrobienie dobrego uczynku. To jest czyn współczucia, umożliwienie dobrego uczynku od rana. I ja też w to wierzę, że dobrze jest zrobić coś dla kogoś, bo ta dobra energia zawsze wraca.
Jacek: Skoro mowa o dobrej energii, lubię z podróży przywieźć coś na pamiątkę dla przyjaciół, to może być drobiazg np. przyprawa, herbata. I cieszę się tym, że mogę kogoś obdarować. Też tak masz?
Natalia: Myślę, że takie dzielenie się radościami, drobnostkami jest naturalne i dobre. Wiadomo, że nie wszędzie możemy pojechać ze wszystkimi bliskimi, ale możemy im odrobinę miejsca, w którym byliśmy – przywieźć w podarku. To może być coś lokalnego, jakiś smakołyk. Taki sygnał, że o kimś myślimy, nawet będąc daleko. Ostatnio dostałam od przyjaciół kostkę parmezanu prosto z Włoch. Dania nim posypane smakują wyjątkowo. Relacje budujemy prostymi gestami.
I w mojej książce są właśnie takie sytuacje: nic wymyślnego, zwykłe rzeczy, z życia. Dlatego też lubię bardzo współczesną literaturę japońską – o codzienności, o prostych rzeczach tworzących nasze życie.
Olga: Gdzie chciałabyś się udać w podróż i dlaczego właśnie tam?
Natalia: Chciałabym polecieć do Australii do Sydney. Ze względu na mojego męża. Wiem, że chciałby zobaczyć je z kimś bliskim, bo kiedyś czuł się tam samotny. Chciałabym tam być nie tyle dla miejsca, ale dla uczuć i relacji.
Jacek: A jaką lubisz kuchnię? Czy szukasz smaków danego miejsca? Bo o daniach, przygotowywanych z miłością, też jest mowa w twojej książce.
Natalia: Uwielbiam jeść i chętnie próbuję nowych rzeczy. To jest jedna z moich największych przyjemności. Oprócz kolendry, lubię wszystko. Staram się jeść lokalnie, bo to jest część danej kultury. Dlatego w Tajlandii spróbowałam… prażonej szarańczy. Smakowała trochę jak ogonki krewetek. Całkiem smacznie. Gdy jestem we Włoszech, to oczywiście koniecznie kuchnia śródziemnomorska. W Polsce – kuchnia domowa: kluski śląskie, zrazy, dobry sos. Oczywiście staram się też odtworzyć smaki, jakich próbowałam u babci. Staram się też, żeby moja córka miała takie smaki z dzieciństwa. Najważniejsze jest nie tylko to, co jemy, ale i z kim.
Olga: Chciałabym jeszcze nawiązać do tego, co w twojej powieści jest ważne. To, że ta książka jest do smakowania, powolna w dobrym tego słowa znaczeniu. Myślę, że twoja powieść zachęca do zwolnienia. Czy chciałaś do tego zachęcać czytelników?
Natalia: W założeniu – jak już wspomniałam – pisałam moją książkę dla dwóch przyjaciółek. Nie sądziłam wtedy, że czytelniczek i czytelników będzie znacznie więcej. Wiedziałam, że jeśli dziewczynom się spodoba, to mi wystarczy. Ten projekt nie urodził się jednak rok temu. Tak naprawdę z dziesięć lat temu już myślałam o tym, żeby napisać książkę. Na początku myślałam o kryminale, ale jak zaczęłam myśleć o akcji – to jednak mi nie pasowało, że kogoś muszę zabić (śmiech). Teraz, gdy poznałam pisarzy kryminałów, to okazało się, że to całkiem mili ludzie (śmiech).
Gdy już napisałam książkę, postanowiłam cię Olgo, zapytać, czy zechciałabyś ją przeczytać… czy ona się do czegokolwiek nadaje…
Olga: Jak widać, skończyło się to patronatem (śmiech) i to podwójnym.
Natalia: Kiedy napisałaś mi, że to jest dobra książka, byłam bardzo szczęśliwa. Przez moment chodziłam między kuchnią a salonem, żeby się uspokoić, to były dość silne emocje. Ta historia ma taka być: płynąć spokojnie jak strumień – w sam raz na lato albo być jak ciepły kocyk – w chłodniejszy dzień. Jeśli ktoś będzie się z nią czuł dobrze, to uważam, że spełniła swoje zadanie.
Jacek: Kiedyś moja córka powiedziała: „Jak ja lubię zapach starych kościołów i świeżo wydrukowanych książek”. Piszesz o pewnej księgarni i zapachu książek. Wolisz książki tradycyjne czy elektroniczne?
Natalia: Pamiętam z dzieciństwa zapach księgarni. I chociaż dzisiaj sięgam często po książki elektroniczne, najbardziej nadal lubię papierowe wydania. Dlatego też moja powieść została wydana tradycyjnie. Było ogromną przyjemnością patrzeć, jak powstaje w drukarni. Bardzo chciałabym, aby małe lokalne księgarnie – jak ta w mojej powieści – nadal istniały. Jeszcze kilka takich jest, niestety coraz mniej, ale mam nadzieję, że przetrwają.
Jacek: A co teraz czytasz?
Natalia: Mam duży stos książek pisarzy i pisarek wrocławskich. Teraz czytam cykl Joanny Stogi „Głos ponad mrokiem” – „Piasek i dym” oraz „Panią Łez”. W planach są kolejni wrocławscy autorzy. Lubię też powieści Sławka Gortycha i Mieczysława Gorzki. Mogłabym pewnie długo wymieniać.
Olga: Napisałaś książkę, ale też założyłaś Wydawnictwo Amae. Na stronie wydawnictwa powstał blog z recenzjami i sklep. To duża odwaga, bo rynek wydawniczy w Polsce nie jest łatwy.
Natalia: Przede wszystkim sama lubię literaturę. A założenie wydawnictwa to była najłatwiejsza droga do wydrukowania własnej książki. Ten projekt zaczął się rozwijać i na jesieni ukaże się publikacja wrocławskiej autorki. Założyłam na stronie sklepik, w którym będzie można kupić książki przeczytane przeze mnie i polecane. Zaczęłam wspierać autorów i autorki. Rynek wydawniczy jest trudny, także dla twórców. Chciałabym więc to zmieniać, sama prowadząc wydawnictwo i traktując pisarzy, pisarki jak partnerów. Nie wiem, jak to się sprawdzi ekonomicznie, ale będę się starała, aby się sprawdzało. Kolejne kroki pokażą, czy mój pomysł był dobry.
Jacek: Chciałem jeszcze zapytać o zakładkę, która znajduje się w tzw. białych krukach. Opowiesz o tym, skąd się wzięła?
Natalia: Gdy pierwszy nakład został wydrukowany, okazało się, że jest w nim błąd. W jednym z rozdziałów zostały pomylone imiona bohaterek. Biłam się z myślami, zastanawiałam się nad tym, czy nie przeznaczyć tych dwustu egzemplarzy do zniszczenia. Potem pomyślałam, że nie. Postanowiłam zrobić z tego atut. Stąd specjalne zakładki i dwieście specjalnych egzemplarzy. Kolejne wydrukowałam już poprawione. Jest o tym informacja w sklepie tak, aby czytelnicy mogli wybrać, który egzemplarz chcą, ten z poprawką czy ten bez poprawki, ale z zakładką.
Olga: To piękna historia o tym, że błąd można potraktować jako doświadczenie. Powiedziałaś, że w sierpniu jeszcze celebrujesz wydanie powieści, ale czy masz już pomysł na nowy projekt?
Natalia: Tak, mam taki projekt, ale na razie – piszę do szuflady. To opowieść związana z moimi wspomnieniami, przeżyciami z dzieciństwa i nie jestem jeszcze gotowa, aby ją opublikować – chyba potrzebuję ją spisać sama dla siebie. Może nigdy się nie ukaże. Ale mam też pomysły na kolejne projekty – w tym związane z grupą Pisarze i Przyjaciele. O kolejnych celach pomyślę we wrześniu. Teraz celebruję ten czas.
Olga i Jacek: Życzymy Ci więc spełnienia marzeń literackich, wydawniczych i czekamy na kolejną książkę.
Za gościnę dziękujemy Centrum Aktywności Lokalnej na Maślicach, filii nr 7 Miejskiej Biblioteki Publicznej oraz Kolektywowi Pomysłów.
https://www.facebook.com/Suwalska11/?locale=pl_PL
Strona wydawnictwa Amae, gdzie znajdziesz książkę Natalii Bąk i inne polecane przez nią publikacje:
https://wydawnictwoamae.pl/
Przypis
* Życzliwa otulina ludzka – to powiedzenie wymyślone przez Stanisława Wolskiego z Teatru Kalambur, aktora, performera, społecznika.
















