Warto trenować – obcowanie ze sztuką jest jak ćwiczenia siłowe

Z Bogusią Sobiczewską, twórczynią profilu „Sztuka dla mas” rozmawia Olga Szelc.
Olga Szelc: Niedawno skończyła się – w „Galerii u Kosałki” we Wrocławiu – Twoja debiutancka wystawa pod tytułem „Sztuka dla mas”. Tak samo nazywa się profil, który prowadzisz na Instagramie i Facebooku. Jak się czujesz jako autorka ekspozycji i co Cię najbardziej zaskoczyło, zdziwiło w czasie jej trwania.
Bogumiła Sobiczewska: Zacznę od tego, że w tym procesie przyglądałam się sobie bardzo uważnie. Jestem introspektywna, więc mam dużo refleksji na temat tego, co robię i co w związku z tym czuję. Prawdę mówiąc, spodziewałam się – jeszcze w trakcie trwania wystawy – że po jej zamknięciu pojawi się we mnie jakiś rodzaj żałoby, smutku. Bo to jest jednak była dla mnie niespodziewana i całkiem nowa sytuacja. Nie było tego w moim bingo, że tak powiem, nie spodziewałam się, że będę się wystawiała w prawdziwej galerii sztuki, bo artystką nie jestem i będę się przy tym upierać. A więc myślałam, że zostanie we mnie jakiś żal. Przy demontażu mocno czułam, że to jest już koniec, zamknięcie pewnego etapu, który – nawet jeśli był niespodziewany – to był ważny, ponieważ był dla mnie ogromnym wyróżnieniem. Ale – ponieważ jestem taka, że nawet jak coś mnie trapi, to zaraz znajduję sobie coś do roboty, to już w trakcie samego demontażu, nagrywałam go, żeby zrobić o tym rolki i stworzyć kolejne treści na moje media społecznościowe. To mi trochę przykryło ten smuteczek. Teraz też sporo się dzieje, wciąż pojawiają się nowe pomysły i projekty, więc ostatecznie nie zostało wiele przestrzeni na przeżywanie żałoby po pierwszej, już zakończonej wystawie. Zwłaszcza że w dniu demontażu Jerzy Kosałka, mój patron i promotor, zapytał mnie podchwytliwie: no to co, kiedy następny projekt? Powiedziałam wtedy, że nie będzie takiego, to była pierwsza i ostatnia wystawa. Jednak potem pomyślałam, że skoro jestem mile w galerii widziana, to trzeba tę szansę wykorzystać.
A oprócz lekkiego smutku i żałoby czy coś jeszcze? Twoja wystawa była jednak dość nietypową ekspozycją, bo mówiła bardziej o tym, jak odbierać sztukę, jak się edukować…
Tak – zdecydowanie to było o tym, jak czuje się wystawę z punktu widzenia osoby zwiedzającej bez przygotowania merytorycznego, edukacyjnego. Jest dla mnie ważne, aby zwracać uwagę zarówno odbiorczyń, odbiorców, jak i osób artystycznych na to, że sztuka nie powinna być hermetyczna. Punktem wyjścia dla powstania profilu „Sztuka dla mas”, zarówno na Instagramie jak i Facebooku, było takie poczucie, że nas Polki, Polaków, blokuje rodzaj wstydu i rezerwy w stosunku do sztuki, zwłaszcza sztuki współczesnej, jako trudnej, niezrozumiałej, często brzydkiej i nieumiejętność nazywania tego, co widzimy, nazwania swoich emocji z tym związanych. To powoduje, że ludzie wolą unikać wystaw czy wernisaży. Nie wiedzą, na co pójść, mają obawy, że się na tym nie znają, że to nie jest dla nich. Dlatego było dla mnie istotne, aby pokazać, że każdy ma prawo czuć, ma prawo interpretować sztukę po swojemu, indywidualnie, nawet czasem wbrew intencjom autora czy autorki. Przygotowując moją wystawę czułam się zaskoczona tym, że wchodzę do galerii tylnymi drzwiami, jako – tak myślałam – uzurpatorka, osoba, która prezentuje projekt nie artystyczny, ale edukacyjny. I, że ten właśnie projekt uzyskał miejsce w galerii, do której jest kolejka do przyszłego roku. Wystawy u Jerzego Kosałki odbywają się co dwa tygodnie i jest wiele oczekujących osób artystycznych z pomysłami, gotowymi ekspozycjami. I nagle okazuje się, że to ja jestem zapraszana. Wydawało mi się też, że wchodząc tam ze swoją ekspozycją, mogę się narazić środowisku artystycznemu, z którym – jednak jestem zaprzyjaźniona i w dobrych relacjach. Okazało się, że ludzie przychodzili obejrzeć „Sztukę dla mas” i potem pisali do mnie, że jest to bardzo wartościowe i potrzebne. Bo, jak się okazuje, metod obcowania ze sztuką nie zapewnia nam edukacja szkolna, ani wychowanie w domu – rozwój artystyczny dzieci nie jest na ogół priorytetem.
Poza tym nie każda rodzina – i nie jest to wina tej rodziny – ma takie kompetencje kulturowe.
To też – moim zdaniem – wynika z braku edukacji. Obserwuję u osób artystycznych ogromny głód tego, aby ktoś oglądał ich prace. Sztuka ma szansę rezonować tylko w kontakcie z odbiorcą. Obraz – zamknięty w czterech ścianach, w sejfie, nie oglądany przez nikogo – jest tylko zamalowanym płótnem i nie będzie miał takiej mocy, jak ten mijany przez dziesiątki ludzi i wywołujący w nich emocje. Propaguję więc na swoich profilach, że sztuka: nie musi się podobać. nie musi budzić szacunku, może obrzydzać, oburzać i zniesmaczać. Jeśli czujemy emocje, to już jest dobrze.
A jeśli nic nie czujemy?
Obojętność jest chyba najgorsza. Ale da się wyćwiczyć obcowanie ze sztuką. To jak trening siłowy, im więcej ćwiczysz, tym mięśnie są mocniejsze. Chodzę na bardzo wiele wystaw i wernisaży. Nie jestem wyedukowana w tym zakresie, nie skończyłam historii sztuki, miałam jedynie zajęcia na studiach, natomiast przez to, że chodzę i oglądam, jest mi coraz łatwiej, potrafię rozpoznać, co mi się podoba, a co nie. Nie chodzi o filtrowanie przez głowę, ale właśnie przez emocje. Na wystawach są rzeczy bardzo różne. Wybitne, których jest najmniej; rzeczy średnie, których jest najwięcej i rzeczy zdecydowanie słabe, których jest – na szczęście – mniejszość. Gdy się chodzi na wystawy, to ma się większą śmiałość, żeby samemu sobie odpowiedzieć: czy uważam, że to jest dobre czy niedobre? Czy mi się podoba, czy mi się nie podoba? Co mi to robi, jak się z tym czuję?
Robiłaś w czasie wystawy takie minibadanie, ponieważ osoby, które przychodziły do galerii, miały za zadanie już na początku się określić: czy są osobami artystycznymi czy raczej tymi oglądającymi. Każda z tych osób miała przylepić czarną kropkę w danym zbiorze. I co wyszło z tego minibadania?
Więcej kropek osób artystycznych, co jest pewnym paradoksem, bo przecież działam bardziej na rzecz osób oglądających. Czy ten wynik mnie zdziwił? Nie. Ta refleksja pojawia mi się często podczas przygotowywania materiałów na „Sztukę dla mas”, który prowadzę już trzy lata. Stworzyłam go dla swoich znajomych, ludzi dokładnie takich samych jak ja, którzy wiedzieli, że oglądam wystawy, więc pytali mnie: na co pójść? Na co zabrać żonę, narzeczoną, mamę, dzieci? Pomyślałam, że odpowiem zbiorczo – wszystkim, których by to interesowało. Jestem też dość biegła w mediach społecznościowych. Okazało się, że jest całkiem sporo zainteresowanych osób. Podczas odwiedzania wystaw i robienia materiałów – siłą rzeczy – poznawałam osoby artystyczne, zaangażowane we wrocławskie środowisko. One też zaczęły obserwować to, co robię. W tej chwili proporcja jest taka, jak w tym badaniu – ⅔ to osoby artystyczne, ⅓ to osoby oglądające. Ale nie będę się tym zrażać, bo myślę, że liczba artystów i artystek jest ograniczona, a osób, które są w stanie ze sztuki korzystać, jest dużo, dużo więcej. Sporo pracy przede mną i to jest dobra motywacja, aby działać dalej.
Mówiłyśmy o edukacji i pamiętam, że gdy byłam dzieckiem, w latach 70. i na początku lat 80. XX wieku istniała w szkole edukacja plastyczna i muzyczna. W mojej ówczesnej podstawówce nr 104 we Wrocławiu chodziliśmy z paniami na wystawy, do muzeów, do teatru, do filharmonii, opery. Czy takiego rodzaju edukacji dzisiaj brakuje? I jakie jest twoje doświadczenie w tej kwestii?
Mam inne doświadczenia. W mojej szkole głównie zajmowaliśmy się rysowaniem, malowaniem, tworzeniem – do dzisiaj to lubię. Nie chodziliśmy jednak na wystawy, w moim mieście rodzinnym było wtedy jedno muzeum i niewiele się działo poza tym. Moja córka zdawała teraz do liceum plastycznego i w tym momencie jako matka dorastającej dziewczynki dowiedziałam się, że istnieje podręcznik do plastyki. Ja takiego podręcznika nie miałam, na żadnym etapie mojej edukacji, a uczyłam się w tych samych latach co ty. Dopiero w liceum zaczęliśmy jeździć do Wrocławia, zwiedzać muzea. Myślę, że to zależy bardzo od miejscowości, szkoły i nauczycieli.
W takim razie co jeszcze moglibyśmy zrobić, żeby – obecnie – przeciętny Nowak i Kowalska przestali się bać sztuki współczesnej, myśleć, że „to nie dla mnie”?
Niezależnie od tego, z czym stykamy się w procesie edukacji tzw. szkolnej, myślę, że sporo się już dzieje w tej sprawie. Ale po pierwsze – warto oswajać dzieci ze sztuką od najmłodszych lat, zabierać na wernisaże, do galerii, do muzeów. I owszem, moje własne dzieci mnie za to przeklinały…
Znam to, mój syn wywracał oczami i mówił: mamo, znów jakaś wystawa?
… podobnie było u nas, ale to trzeba wytrzymać. Po latach okazuje się, że dzieci to doceniają. Kiedy dorastają i zaczynają rozumieć, w jakich miejscach były i co widziały. Spotkanie ze sztuką procentuje i na późniejszym etapie człowiek ma śmiałość wejść, zobaczyć i nie czuje się nie na miejscu. Jeśli chodzi o dorosłe osoby, to ciężko mówić o tym, aby była możliwa jakaś ogólna edukacja, to po prostu wymaga indywidualnego wysiłku. Nie wierzę też za bardzo w jakieś systemowe zmiany. Lepsza jest praca u podstaw.
Część osób może nawet nie wie, że w ogóle ma taką potrzebę. Może po prostu nie wszyscy tego potrzebujemy.
I to jest jak najbardziej w porządku. Niemniej warto zauważyć, że np. we Wrocławiu jest bardzo szeroka oferta działań związanych ze sztuką, zachęcających do niej od innej, bardziej przystępnej strony. Muzea i galerie organizują mnóstwo zajęć dodatkowych: warsztatów, oprowadzań, obcowania ze sztuką niekoniecznie w klasycznym rozumieniu tego słowa. Dobrym przykładem mogą być warsztaty tańca intuicyjnego prowadzone przez Barbarę Przerwę w Pawilonie Czterech Kopuł Muzeum Narodowego we Wrocławiu. Są też zajęcia relaksacyjne w muzeum, wykłady, warsztaty, zajęcia jogi. To wszystko sprawia, że możemy być ze sztuką niejako mimochodem, przy okazji.
Przygotowałam nawet taki post: jak na 10 sposobów obcować ze sztuką, nie chodząc na wystawy. Jest z czego wybierać, można np. pójść do Muzeum Etnograficznego na warsztaty rękodzieła albo na „Nie-randki ze sztuką”, które odbywają się w Krupa Art Foundation – jest z czego wybierać, wystarczy po prostu wyjść z domu, na spacer i też można pobyć ze sztuką, bo są galerie, które funkcjonują w przestrzeni publicznej. Na przykład najmniejsza galeria przy okienku z frytkami na św. Antoniego, mała galeria na placu Solnym w słupie ogłoszeniowym. Jest też ekspozycja na powietrzu Fundacji Art Transparent na Szewskiej, na wyspie Słodowej stoi Black Frame. Na pewno trzeba bodźca, żeby te osoby, które nie mają nic wspólnego ze światem artystycznym, zdały sobie sprawę: to jest sztuka i właśnie teraz, na spacerze, ją konsumuję. Można zacząć od takich małych kroków i od ambasadorów, czyli osób, które są sztuką zaciekawione i mogą tę ciekawość przekazać znajomym, współpracownikom, sąsiadom, przyjaciołom, rodzinie. Warto opowiedzieć znajomym na spotkaniu towarzyskim o tym, co ciekawego się widziało i potem zaproponować wspólne wyjście na wystawę.
Czy można nauczyć się patrzenia na sztukę, czy to jest kwestia indywidualnej wrażliwości?
Da się nauczyć, mówię to oczywiście jako laik. Pierwsze, co trzeba wyrzucić z głowy, to wstyd, że się nie znam. Nie musimy się znać. I potrzebę definiowania. To także dla mnie było bardzo uwalniające. Byłam osobą, która przez większość życia odwiedzała muzea z wielkimi dziełami, ze starą sztuką. Można obserwować wielki kunszt, czuć tę wspaniałą technikę – to się wydaje łatwiejsze w odbiorze. A w sztuce współczesnej jest głównie eksperyment i przełamywanie myślowych schematów.
Nie tylko malarstwo, rzeźba, ale też wideo-art i działania performatywne. Ostatnio nawet eksperymenty z AI.
Dlatego warto pozbyć się oczekiwań, ale jednocześnie dać sobie przestrzeń na to, aby w to wejść. Im więcej oglądasz, tym bardziej wyrabiasz w sobie wrażliwość i zaczynasz łapać konteksty. Często jest tak, że patrzymy na jakąś pracę i ona jawi nam się jako estetyczny obrazek, ale jeśli się przyjrzysz i zobaczysz detal, możesz poznać dodatkowe znaczenie tego dzieła. Odpakowywanie kontekstów jest wspaniałą przygodą.
Można wtedy zauważyć, jak wiele symboli jest ukrytych np. w całkiem niewinnym portrecie dziewczyny pijącej herbatę, jeśli się dobrze przyjrzymy np. ornamentem na sukni, widokowi za oknem, zwierzętom, jakie jej towarzyszą… Bo to, że sztuka z dawnych wieków jest łatwiejsza w odbiorze, to też nie jest prawda.
Tak, to może być świetna zabawa. A sztuka współczesna daje jeszcze możliwość nieskończonej niemal ilości interpretacji. Wchodzi w relację z widzem i zachęca do odczytania dzieła na swój własny sposób. I to prawda, że sztuka to zawsze jakiś rodzaj komplikacji i znaczeń. Jest sporo takich profili na instagramie, które rozkładają sztukę, także tę klasyczną, na czynniki pierwsze. Bardzo też do tego zachęcam, bo nam się wydaje, że klasyczna sztuka figuratywna nie jest tak wielopoziomowa jak współczesna. Natomiast każdy historyk sztuki to wie, że detal ma znaczenie i czasem trzeba odszyfrowywać obrazy. Natomiast to, że sztuka współczesna daje takie możliwości interpretacji bardzo mi się podoba.
Czy media społecznościowe demokratyzują edukację artystyczną, czy ją spłaszczają?
To, że te profile są i że edukacja artystyczne stała się częścią przestrzeni mediów społecznościowych – jest dla mnie wartością. Znaczy to, że edukacja artystyczna jest tam, gdzie są ludzie. Nie możemy stawiać jakiegoś tematu na piedestale i twierdzić, że to jest wspaniałe i szlachetne, co za tym idzie – nie dla każdego. Tu się od razu kogoś wyklucza. W internecie każdy weźmie to, co mu pasuje. A jak ktoś zauważy jakiś fragment, to algorytmy podpowiedzą mu kolejne podobne profile. I co za tym idzie – ludzie się ośmielają.
A jak było z Jerzym Kosałką? Czy to Ty do niego przyszłaś z pomysłem, czy on cię zaprosił?
Jerzy Kosałka uknuł ten pomysł z Piotrem Kmitą. Jerzego poznałam, bo bywałam w jego galerii i kilka razy rozmawialiśmy, bardzo to było inspirujące. Miałam poczucie, że dostaję wiatr w skrzydła. I tu znów przypomnę – zaczynałam prowadzić profil z kompleksem, że się nie znam.
To jest doskonały moment, żeby podkreślić – można coś zacząć z kompleksem, że się nie wie, nie zna, ale pójść za swoim zainteresowaniem, pasją.
Tak, zdecydowanie. Wtedy uczysz się w trakcie. Przychodziłam więc zaciekawiona do „Galerii u Kosałki”, ale początkowo się nie wypowiadałam, bo uważałam, że nie mam odpowiednich narzędzi. I to właśnie Jerzy Kosałka był taką osobą, która mnie ośmieliła, bardzo poważnie i uważnie do mnie podchodząc. Moje wcześniejsze kontakty z osobami z awangardy nauczyły, mnie, że często to są ludzi dość radykalni. A Jerzy okazał się człowiekiem bardzo awangardowym, a przy tym niesamowicie otwartym na to, co ma do powiedzenia druga osoba. Powiedział mi: nie trzeba się znać, nie trzeba rozumieć. Słuchał również z uwagą moich opowieści o wystawach spoza Wrocławia.
Piotr Kmita z kolei wpadł na pomysł, aby w 2025 zrobić efemeryczną prezentację „Sztuki dla mas” właśnie w galerii U/KOS. Wówczas to się nie udało, musiałam się wycofać ze względu na ogromne obłożenie pracą zawodową. Ale Jerzy nie tylko się nie obraził, ale powiedział: jeżeli chcesz, to drzwi zawsze są otwarte. Ostatecznie Piotr Kmita się z tego projektu również wycofał i zostałam sama. Byłam i projektantką wystawy i jej producentką, wymyśliłam całą koncepcję, oprowadzałam, promowałam ekspozycję – dość obciążająca rola. Ale Jerzy bardzo mi pomógł, dosłownie, bo namalował część ekspozycji, pozwolił mi nabroić w galerii. Podczas trwania wystawy, i aż do dnia demontażu i był wielkim wsparciem. Mam w związku z tym w sobie ogromną wdzięczność. Jerzy Kosałka jest ikoną, ja jestem osobą z zewnątrz, ale mimo to zostałam wpuszczona do świata artystycznego. Mam oczywiście świadomość, że dużo też temu światu daję, ale to jest nobilitacja, że wystawa odbyła się w takim miejscu. To pieczęć jakości.
Pamiętam, że gdy przyszłam obejrzeć Twoją wystawę, powiedziałaś, że ta jest pierwsza i ostatnia. A jednak już wykluwa się nowy projekt, prawda?
Gdy zaczęłam prowadzić profil na Instagramie, różne osoby mnie pytały, czy jestem artystką i prowadzę ten profil po to, aby prezentować swoje prace. I chociaż plastyka w szkole była moim ulubionym przedmiotem i lubię różne działania twórcze, nie miałam takich ambicji, aby nazywano mnie artystką. Robię różne rzeczy dla siebie, bo sam proces mi się podoba: robótki na drutach, handmade, przerabianie ubrań, wystrój wnętrz, zabawę modą itp. Zdecydowanie więc nie jestem artystką, ale… mogłabym być kuratorką. Lubię w wystawach to, jak są zorganizowane, bardzo mnie zawsze zastanawia koncepcja, scenografia i produkcja ekspozycji. Myślę, że następny projekt w 2027 roku będzie kuratorski. Na razie z ekscytacją układam go sobie w głowie.
Dziękuję za rozmowę i czekam na ten projekt.
W II części spotkania z Bogusią Sobiczewską będzie mowa o dojrzałości, przełamywaniu stereotypów, recyklingu, mitach związanych z medycyną estetyczną, nowym otwarciu starego podcastu i – po prostu – byciu szczęśliwą 50-tką.
Jeśli zainteresowała rozmowa, zajrzyj koniecznie na profile Bogusi:
Sztuka dla mas na Instagramie:
https://www.instagram.com/sztukadlamas/
Sztuka dla mas na Facebooku:
https://www.facebook.com/sztukadlamas/
Galeria u Kosałki:
https://www.facebook.com/profile.php?id=100079808018534&locale=pl_PL



















