Podróżniczka, która dojrzała do zwiedzania świata we własnym tempie

Seniorka z plecakiem – wywiad dla portalu Polka50plus.pl

Foto: archiwum prywatne Marioli Jędruch

Mogłoby się wydawać, że dojrzałe kobiety, które mają już odchowane dzieci i poukładane życie zawodowe, mogą pozwolić sobie na podróżowanie bardziej niż kiedykolwiek. Jednak mimo że wiele z nas nierzadko ma na podróże ochotę, woli zostać w domu. Nie wiemy, jak zabrać się za organizację wyjazdu, boimy się, że niewystarczająco znamy język i kulturę kraju, do którego chciałybyśmy pojechać, albo wydaje nam się, że to wszystko musi kosztować straszne pieniądze. Takie, których być może nie mamy albo które lepiej byłoby wydać na coś innego. Może bardziej praktycznego?

Tymczasem otaczający nas świat jest tak piękny i tak zróżnicowany, że zasługuje na to, żeby go odkrywać i smakować. Stopniowo, bez pośpiechu, delektując się każdym widokiem i każdym spotkaniem z tym, co nieznane. Świat czekał na nas tyle lat, że warto w końcu się z nim spotkać. Tym bardziej, że żeby znaleźć miejsce godne uwagi, wcale nie trzeba daleko jechać. Czasem przygoda czeka bliżej niż nam się wydaje.

Do rozmowy o wyprawach dalekich i bliskich zaprosiliśmy niezwykłą kobietę. Podróżniczkę, która wie, co tak naprawdę liczy się w zwiedzaniu świata. Poznajcie Mariolę Jędruch – autorkę bloga Seniorka z Plecakiem.

Kim jest Seniorka z Plecakiem?

Seniorka z plecakiem – autorka bloga podróżniczego

Foto: archiwum prywatne Marioli Jędruch

Podróże to jej pasja, ale nie codzienność. Na co dzień bowiem nadal pracuje zawodowo jako inspektor mostowy. Ma 7-letniego wnuka i męża, z którymi uwielbia spędzać czas. Z pierwszym gra w piłkę lub gry planszowe, rysuje albo wyjeżdża na jednodniowe wycieczki po okolicy, z drugim spędziła już ponad 37 lat swojego życia i wciąż ma apetyt na więcej. Wspólnie podróżują po świecie, bo to ich małżeńskie hobby.

Mieszka w Siewierzu w województwie śląskim, w którym – dla podróżniczego porządku dodajmy – na uwagę zasługują m. in. ruiny zamku, kościół z XII w., tańczące na fontannie dziewczyny, park miejski i okoliczne lasy.

W czasie wolnym od pracy (choć niekoniecznie od podróżowania) czyta książki i nie rozstaje się z Biblią. Wiara w Jezusa pomaga jej przezwyciężać problemy i iść dalej do przodu, nie poddawać się mimo przeciwności losu.

Już za moment okaże się, że determinacja i odwaga Marioli rzeczywiście pozwoliły jej dotrzeć do miejsc, o których wiele z nas czytało tylko w przewodnikach.

Seniorka z plecakiem – podróże po Polsce

Foto: archiwum prywatne Marioli Jędruch

Polka50plus.pl: Podróże to Pani pasja. Skąd się wzięła? Zarazili nią Panią rodzice czy może to przyszło z czasem?

Mariola Jędruch: Ja się chyba z tą pasją urodziłam. Choć rzeczywiście rodzice lubili podróżować. Oczywiście w tamtych czasach te podróże wyglądały zupełnie inaczej.

Pierwszą taką podróż odbyliśmy pod koniec lat sześćdziesiątych. Wtedy to była wyprawa przygotowywana przez wiele miesięcy. Najpierw tato kupił używaną Syrenę. Rozłożył ją na części i wyremontował. Do wakacji zdążył. I tak Syreną z pożyczonym namiotem wyruszyliśmy na Mazury.

Z Pani rodzinnych stron w województwie śląskim to szmat drogi!

Zgadza się, to była niezła wyprawa i rzeczywiście trochę się jechało. Na dodatek na miejscu czekały na nas atrakcje, które były dość wątpliwą przyjemnością. Pogoda nie była najlepsza – głównie zapamiętałam chmary komarów i deszcz, ale jakieś malownicze krajobrazy również pozostały mi w pamięci. Mimo wszystko podobało mi się i nie mogłam się doczekać następnych wakacji.

Dokąd jeszcze zabierali Panią rodzice?

Nadal jeździliśmy z namiotem, głównie po Polsce, ale również trochę za granicę: do Niemiec – dawnego DDR – i na Węgry.

To cudowne, że rodzice zaszczepili w Pani taką ciekawość świata i miłość do podróżowania. Dzisiaj świat się skurczył, niedostępne dawniej miejsca są niemal na wyciągnięcie ręki, przygotowania do wyjazdów nie są już takim wyzwaniem. Jak często Pani wyjeżdża?

Nadal pracuję, więc ogranicza mnie urlop, który zwykle przeznaczam na 2-3 dłuższe wyjazdy. Poza tym pozostają weekendy, które jeśli się da, łączę z wolnymi dniami, jak np. majówka. Podsumowując, wyruszam gdzieś przynajmniej raz w miesiącu.

Tworzą się w ten sposób piękne wspomnienia – nic dziwnego, że postanowiła je Pani spisywać na blogu. Czy to miał być właśnie taki pamiętnik z podróży?

Wyjeżdżając gdziekolwiek, zawsze szukałam informacji na temat odwiedzanego miejsca. Początkowo były to przewodniki papierowe, z których zresztą korzystam do dzisiaj. Potem pojawił się Internet, ludzie dzielili się praktycznymi informacjami na temat ciekawych miejsc.

Po jakimś czasie odkryłam, że jest coś takiego, jak blogi. Zaglądałam na niektóre i zazdrościłam młodym ludziom, jak pięknie opisują swoje podróże – te bliskie i te dalekie. Z czasem trafiałam również na blogi pisane przez osoby w bardziej zaawansowanym wieku. Pomyślałam, że spróbuję i ja, to było w 2016 roku. Przeglądając te blogi, korzystałam z pracy innych, w końcu pomyślałam, że może moje skromne doświadczenia podróżnicze komuś się przydadzą.

Seniorka z plecakiem – blog podróżniczy kobiety dojrzałej

Foto: archiwum prywatne Marioli Jędruch

Odkryłam, że jest coś takiego, jak blogi. Zaglądałam na niektóre i zazdrościłam młodym ludziom, jak pięknie opisują swoje podróże – te bliskie i te dalekie. Pomyślałam, że spróbuję i ja.

Czyli chodziło jednak o dzielenie się z innymi swoją wiedzą i doświadczeniami.

Blog może być oczywiście rodzajem pamiętnika, ale ważniejsi są ludzie i wzajemne relacje. Dzielimy się doświadczeniami, aktualnymi informacjami i bezcennymi radami. Czasem jest to kontakt bezpośredni, mailowy. Często szukam na innych blogach inspiracji, ciekawostek. Zapisuję sobie miejsca, które chciałabym odwiedzić, i nierzadko są to miejsca całkiem blisko, w Polsce lub sąsiednich krajach.

Nazwała Pani swój blog Seniorka z Plecakiem. Seniorka?! Takie określenie zupełnie nie pasuje do tak aktywnej w świecie rzeczywistym i wirtualnym osoby, jak Pani!

Osoby po 50. roku życia często nazywa się seniorami. Początkowo dziwnie się czułam z tym, że wkroczyłam w ten przedział wiekowy, ale z czasem pomyślałam, że to właściwie nic nie znaczy. Ważniejsze jest nasze podejście do życia, co my z tym zrobimy.

Dokładnie. Taka idea przyświeca też naszemu portalowi.

Dosyć długo zastanawiałam się nad nazwą bloga. Chciałam, żeby sugerował sposób i formę podróży.

Pomysł był taki, aby słowo „seniorka” sugerowało oczywiście osobę w dojrzałym wieku i jednocześnie wolniejsze tempo zwiedzania. Seniorzy, mimo że aktywni, to jednak zwykle zwiedzają wolniej. „Plecak” natomiast kojarzy się z samodzielnym przemieszczaniem, niezależnością, z podróżą na własną rękę. Poza tym seniorzy obecnie są bardziej aktywni: podróżują, uprawiają sporty, rozwijają swoje pasje i talenty.

Zatrzymajmy się na chwilę przy tym podróżowaniu w wolniejszym tempie. Jest Pani zwolenniczką zwiedzania bez pośpiechu i mam wrażenie, że nie jest to tak do końca związane z ograniczeniami, jakie czasem narzuca nam wiek.

Kiedy byłam znacznie młodsza, chciałam zobaczyć wszystkie miejsca, jakie wyszukałam w przewodniku. Bo czy można być w Rzymie i nie zobaczyć np. Koloseum? Z czasem priorytety się zmieniły. Stwierdziłam, że nie ma sensu zaliczać wszystkich atrakcji z tzw. listy TOP 10. Obecnie bardziej sobie cenię wolność zwiedzania bez pośpiechu.

Istnieje nawet taka modna nazwa – slow travelling (z ang. wolne podróżowanie).

Tylko że z modnymi nazwami po jakimś czasie robi się mały problem. Zaczyna się taki trend definiować, wkładać w sztywne ramy, dorabiać jakieś filozofie. Wtedy stracimy słowo „wolność”, zostanie nam tylko „zwiedzanie bez pośpiechu”, a to jednak jest różnica. Przynajmniej dla mnie.

Czyli ta wolność jest dla Pani ważna?

Tak, choć oczywiście nie oznacza dla mnie robienia tego, czego chcę. Bezwzględnie staram się szanować miejsce, do którego jadę, nawet jeśli kulturowo nie jest zgodne z moimi poglądami. Nigdy też nie skorzystam z atrakcji, typu „fotka z tygrysem”.

Moje powolne podróżowanie to chłonięcie odwiedzanego miejsca, smakowanie lokalnej kuchni, spacer uliczkami, chwila na kawę i oczywiście zwiedzanie również miejsc bardzo popularnych, lecz wolno, bez pośpiechu.

Seniorka z plecakiem – slow travelling

Foto: archiwum prywatne Marioli Jędruch

Bezwzględnie staram się szanować miejsce, do którego jadę. Nigdy też nie skorzystam z atrakcji, typu „fotka z tygrysem”.

A jeśli nie uda się zobaczyć wszystkiego?

Wtedy nie ma tragedii. Zwiedzam tyle, ile dam radę. Bez żalu, że nie zobaczyłam wszystkiego.

Kto najczęściej towarzyszy Pani podczas podróży?

Zawsze podróżuję z mężem i najczęściej podróżujemy właśnie we dwoje. Rzadziej z wnukiem, z kimś z rodziny czy ze znajomymi. Każdy z tych wyjazdów ma swoją specyfikę, każda osoba wnosi coś szczególnego, indywidualnego.

Inaczej podróżuje się z dzieckiem, innych ustaleń wymaga wyjazd ze znajomymi. Przyznaję, że najprostszy dla mnie jest wyjazd z mężem, który w pełni akceptuje moje pomysły, i właściwie niewielu ustaleń potrzeba. Wiemy, co lubimy, czego możemy się po sobie spodziewać.

Wspomniała Pani, że inaczej przygotowuje się do wyjazdu z wnukiem, inaczej ze znajomymi, a jeszcze inaczej, gdy wyjeżdża Pani tylko z mężem. Na czym polegają te przygotowania?

Wyjazdy podzieliłabym na dłuższe i krótsze oraz na takie realizowane własnym samochodem lub komunikacją publiczną.

Jeśli jedziemy naszym samochodem, nie zastanawiam się za bardzo nad bagażem. Zwykle jedzie z nami dodatkowa torba niepotrzebnych rzeczy. Większą dyscyplinę narzuca komunikacja publiczna, w tym wypadku trzeba przemyśleć każdą pakowaną do walizki rzecz. W samolotach dodatkowo ograniczają nas wymiary bagażu oraz limit kilogramów.

Największym wyzwaniem były 3-4-dniowe wyprawy samolotem. Zabieraliśmy tylko małe plecaczki. Zależało mi też, aby były jak najlżejsze, żeby przy zwiedzaniu nie obciążały nas i nie przeszkadzały.

Co można zobaczyć podczas takiego krótkiego wypadu samolotem?

Wbrew pozorom całkiem sporo! My w ten sposób zwiedziliśmy np. trzy państwa w trzy dni. Maastricht w Holandii, Akwizgran w Niemczech i Hasselt w Belgii. Udało się i wspominam je miło. Niewiele ze sobą mieliśmy, ale nic nam nie brakowało.

A jak wybiera Pani miejsca, do których chciałaby się Pani wybrać? Wspomniała już Pani, że inspiracji szuka na blogach…

Jeśli chodzi o planowanie miejsca docelowego, to z tym bywa różnie. Mam bardzo długą listę miejsc, które chciałabym zobaczyć. Jeśli dysponuję kilkoma wolnymi dniami, wybieram coś z listy, wsiadamy w samochód i jedziemy. Jeżeli ma być to podróż samolotem, określam przybliżony kierunek i termin.

Podróżowanie samolotem to chyba drogie przedsięwzięcie?

Niekoniecznie! Ja zawsze sprawdzam promocje. Właściwie wszystkie kupione bilety na samolot, czy to po Europie, czy do dalekowschodniej Azji, były kupione ze zniżkami.

Podobnie jest z noclegami – też szukam promocji, ale nie zawsze z sukcesem. Na wybór hotelu ma wpływ więcej czynników: oczywiście cena, ale także lokalizacja, możliwość i czas dojazdu do zwiedzanych miejsc, do dworca kolejowego, lotniska czy chociażby parking przy hotelu, jeśli wyjazd jest własnym samochodem.

Znalezienie biletu czy noclegu w znośnej cenie to nie jedyne wyzwania, jakie przed Panią stają. Nie ukrywa Pani, że kolejną trudnością jest niewystarczająca znajomość języka angielskiego. Wiele osób to paraliżuje i ogranicza. Wolą już zostać w domu… Jak Pani sobie z tym radzi?

Przede wszystkim dobrze przygotowuję się do podróży. Mapki, połączenia między miastami, możliwości dotarcia do planowanych miejsc – staram się zgromadzić jak najwięcej informacji. Łatwiej wtedy poruszać się po dużych miastach, nie czuję się zagubiona, wiem, w jakim kierunku mam podążać. Poza tym rozmówki, dawniej papierowe, obecnie na telefonie. Na telefon ściągam też potrzebne mapy działające w trybie offline.

Mam ze sobą także przewodnik papierowy lub wydrukowane albo skserowane informacje o odwiedzanym miejscu. Na przykład kiedy zwiedzaliśmy Angkor Wat w Kambodży, miałam ze sobą wydrukowane po polsku informacje o poszczególnych świątyniach. Nasz kierowca tuk-tuka wskazywał, przy której akurat jesteśmy – wystarczyło przeczytać notkę.

Jest Pani mistrzynią planowania!

Spontaniczne akcje też się zdarzają – i są bardzo pomocne! Doskonale sprawdza się język ciała. Mój mąż jest w tym świetny.

Swego czasu zgubił się we Francji, gdzie trudno dogadać się nawet po angielsku, ale ostatecznie udało mu się wrócić na nasz camping. Co prawda dopiero po kilku godzinach, ale dzięki swoim umiejętnościom aktorskim dał radę! Następnego dnia, gdy ochłonął, zrelacjonował mi swoją tułaczkę. Śmiejemy się z tego do dzisiaj.

Rzeczywiście musiało być dość ekstremalnie… A skoro o ekstremalnych sytuacjach mowa – jakie najbardziej egzotyczne miejsce Pani odwiedziła?

Dla mnie najbardziej egzotyczne to Kambodża i Filipiny. Przy czym w Kambodży byliśmy bardzo krótko – zwiedzaliśmy tylko Angkor Wat i wracaliśmy z powrotem do Tajlandii. Najbardziej „egzotyczne” było lądowe przekroczenie granicy z Tajlandii do Kambodży. Pewien odcinek należało przejść pieszo wśród załadowanych po brzegi samochodów i wózków ciągniętych przez ludzi.

Seniorka z plecakiem – podróże po świecie

Foto: archiwum prywatne Marioli Jędruch

Kraje azjatyckie to najbardziej egzotyczne lokalizacje, do jakich udało mi się dotrzeć. Czekały tam na nas widoki, które do tej pory znałam tylko ze zdjęć w przewodnikach.

Zupełnie jak na zdjęciach w magazynach podróżniczych!

Filipiny też miały swoją specyfikę, choć tu na wyspę przylecieliśmy samolotem.

Pierwszego dnia wieczorem, gdy było już ciemno, pani w recepcji, widząc, że zmierzamy do wyjścia, zagadnęła nas, gdzie się wybieramy. Chcieliśmy iść nad morze, do którego mieliśmy jakieś 500 metrów. Coś zaczęła do siebie mówić i szukać po szafkach, a po chwili wyciągnęła latarkę.

Latarkę?

Tak, okazało się, że znaczna część drogi jest nieoświetlona, i bez tej latarki, to nie wiem, czy byśmy trafili.

Podczas dalekich podróży zaskakujące sytuacje czekają na każdym kroku. Czy przypomina sobie Pani miejsce, które było dla Pani największą niespodzianką? Być może nie spodziewała się Pani, że w pozornie zwyczajnej lokalizacji czekają na Panią takie atrakcje i wrażenia.

Był to kilkudniowy wyjazd na pogranicze Austrii i Węgier, czyli nad Jezioro Nezyderskie.

To chyba nie jest specjalnie znany kierunek turystyczny?

Nie jest to dla Polaków popularny cel podróży i nie ma zbyt wiele relacji z tego regionu. Zastanawiałam nawet, się czy w ogóle warto się tam udawać. Okazało się jednak, że okolice są urokliwe. Zastaliśmy na miejscu malownicze pagórki z winnicami, zabytkowe miasteczka, pałace i krajobrazy z jeziorem w tle, choć ono akurat jest muliste i w znacznej części zarośnięte trzciną. To była majówka, więc dodatkowo wszystko wokół kwitło. Pięknie było.

No, to teraz odwróćmy sytuację – która Pani podróż była najbardziej rozczarowująca? Może po jakimś miejscu spodziewała się Pani więcej, ale cel podróży okazał się mocno przereklamowany?

W każdym miejscu, do którego się wybieram, zawsze jest coś interesującego, więc trudno mi wskazać taką jedną podróż. Były oczywiście bardziej i mniej udane wyjazdy. Zazwyczaj miejsca z listy must see nie porywają. Zwykle jest tak, że na miejscu zastaję tłumy ludzi i trudno nawet taką atrakcję spokojnie obejrzeć. Zapewne jest też tak, że obiecujemy sobie zbyt wiele, oglądając piękne zdjęcia, które rzeczywistość ukazują mocno podkoloryzowaną. Część z atrakcji jest wykreowana typowo pod wycieczki.

Tak mieliśmy w tym roku na Cyprze. Na miejscu wykupiliśmy jedną zorganizowaną wycieczkę i zawieziono nas między innymi w miejsce zwane Łaźnią Afrodyty. Ledwo cieknąca po skale woda wyglądała bardzo smutno. Czasu było niewiele, zdążyłam tylko rzucić okiem na skaliste wybrzeże, a tam było znacznie ładniej. Dlatego nie biegnę zobaczyć wszystkich miejsc z listy „musisz koniecznie zobaczyć”, a jeśli już, to podchodzę do nich z dystansem.

Doskonałe podejście i znów bardzo wpisujące się w ten rytm wolnego podróżowania. Zwiedzanie bez pośpiechu nie oznacza jednak zwiedzania bez emocji! Czy mogłaby się Pani podzielić jakąś przygodą z podróży?

Podróż przez Bośnię. To był 2003 rok, jechaliśmy w dwa samochody do Dubrownika w Chorwacji. W Bośni od kilku lat panował już spokój po wojnie domowej w byłej Jugosławii. Turyści zaczęli jeździć do Chorwacji przez ten kraj, ale przez Mostar. My pojechaliśmy inną drogą. Przed Mostarem odbiliśmy na południe, kierując się przez góry na Dubrownik. Zgodnie z moją mapą – dziś sądzę, że musiała zawierać błędy – powinniśmy jechać oznaczoną na czerwono drogą główną, a odległość wskazywała, że spokojnie dojedziemy na miejsce pod wieczór.

I co się stało?

Początkowo było dobrze: szeroka asfaltowa droga i malownicze góry. Jednak po przejechaniu sporej odległości asfalt się skończył i zaczął padać deszcz. Droga była coraz bardziej błotnista. Strach było zejść z drogi nawet na siku, ponieważ wszędzie stały tablice ostrzegające o minach! W końcu zatrzymaliśmy jakiś samochód i zapytaliśmy kierowcę, kiedy znów znajdziemy się na asfaltowym odcinku tej drogi. Okazało się, że za 18 km!

Domyślam się, że podróż taką trasą trwała wieki.

Tak. Zdaliśmy sobie sprawę, że tego dnia do celu już nie dotrzemy. Zastanawialiśmy się, co robić: wracać czy jechać dalej. Obawialiśmy się też o samochody – na błotnistej, dziurawej drodze łatwo było je uszkodzić. W końcu zdecydowaliśmy, że jedziemy dalej. Trwało to bardzo długo i kiedy pojawił się asfalt, było już prawie ciemno.

Pewnie mimo wszystko odetchnęliście z ulgą?

Nie do końca. Droga była górska i kręta. Postanowiliśmy jednak przeczekać do rana. Zatrzymaliśmy się na najbliższym parkingu. Gdzieś wyżej była restauracja, ale już nieczynna. Było bardzo ciemno, mokro i błotniście. Nagle znikąd wyłoniło się dwóch mężczyzn z prośbą o papierosy. Nikt z nas nie palił. Wsiedli w niewidoczny dla nas samochód i odjechali. W nocy przejechało drogą kilka samochodów. Dwa się zatrzymały, słychać było kroki, trzaśnięcia drzwiami. Dziwne miejsce. Rano ukazał się nam piękny widok na góry we mgle. Do Dubrownika było już niedaleko.

Przeżyliście chwile grozy! Nasuwa mi się teraz pytanie: czy stawia sobie Pani jakieś podróżnicze granice? Czy są kraje, do których nigdy Pani nie pojedzie – i dlaczego? Nawet na Pani blogu znalazłam takie stwierdzenie, że zdarza się Pani czytać w Internecie o miejscach, do których nigdy Pani nie dotrze.

To nie ja stawiam sobie granice, ale moja kondycja, mój wiek i sytuacja panująca w niektórych krajach. Są miejsca, do których turyści nie jeżdżą, sporo krajów w Afryce jest trudnych lub niebezpiecznych do zwiedzania. Tam zapuszczają się tylko wytrawni podróżnicy. Nie wejdę też na wysokie szczyty, nie wyruszę na wymagający długi górski szlak. Ale chętnie o takich miejscach czytam.

Zwłaszcza że dzięki Internetowi i szczerym relacjom ludzi, którzy tam byli, można do takich miejsc pojechać, nie ruszając się z domu. A co by Pani radziła osobom, które mówią, że chciałyby podróżować, ale nie mają na to czasu albo pieniędzy? Czy przeciętnego Polaka stać na podróżowanie?

Najpierw musimy zdefiniować, czym jest dla nas podróż. Jeśli przyjmiemy, że może to być kilkudniowy wyjazd w niedaleką okolicę, to tak – uważam, że większość Polaków stać na podróże. Natomiast nie wszyscy to lubią i to też jest w porządku.

Znam osoby, które często zmieniają meble, kupują stosy ciuchów lub stale coś remontują w mieszkaniu. To kwestia priorytetów. Nie każdy musi jeździć po świecie czy nawet po Polsce, tak jak nie każdy będzie wędkował, uprawiał ogródek czy jeździł na nartach.

» Nie możemy zgodzić się bardziej! Są osoby, dla których pasją jest na przykład produkcja niepowtarzalnych przedmiotów z charakterem. Przeczytaj rozmowę ze Zdzisławą – dojrzałą blogerką, która kocha dziewiarstwo i szydełkowanie!

A gdzie szuka Pani miejsc noclegowych? Jakieś praktyczne wskazówki dla oszczędnych?

Kiedy wybraliśmy się na Filipiny, zarezerwowałam przypadkowy nocleg na popularnej stronie Booking.com. Po przyjeździe na miejsce ku naszemu zaskoczeniu okazało się, że w pensjonacie mającym nie więcej niż dwadzieścia pokoi jest jeszcze sześcioro Polaków!

Skoro już jesteśmy przy polskich turystach, to nie mogę nie zapytać: jacy oni są z Pani punktu widzenia? Czy rzeczywiście tak irytujący, jak głoszą stereotypy? Nie szanują odmiennej kultury, w restauracjach uparcie szukają schabowego w karcie, są głośni, roszczeniowi?

Stereotypy powstają tam, gdzie przebywa większa grupa ludzi, czyli na wyjazdach organizowanych przez biura podróży. Ja podróżuję głównie na własną rękę, bardzo rzadko wykupuję zorganizowane wczasy. Trudno mi więc mówić o stereotypach. W każdej nacji znajdą się osoby irytujące i roszczeniowe.

A jeśli chodzi o wiek osób podróżujących – czy dużo jest dziś dojrzałych turystów? Może więcej niż jeszcze kilka czy kilkanaście lat temu?

Rzeczywiście coraz więcej osób w dojrzałym wieku podróżuje. Zwykle wyjeżdżają grupowo na wczasy lub wycieczki. Czasem wypożyczają samochody i zwiedzają okolice.

Ale jesteśmy pokoleniem, które w młodości nie podróżowało. Ograniczają nas obawy, czy sobie poradzimy. To tak jak z jazdą na rowerze. Jeśli ktoś od młodości jeździ na rowerze, to będzie to robił nawet w wieku osiemdziesięciu lat. Ale ilu nauczyło się jeździć w dojrzałym wieku?

Jakie dokładnie obawy blokują dojrzałe kobiety przed wyruszeniem w podróż?

Wiele osób nie wie, jak zabrać się za organizowanie wyjazdu na własną rękę. Przeszkodą może być na przykład brak umiejętności obsługi komputera. Teoretycznie można się bez tego obejść, jednak w praktyce komputer jest bardzo przydatny, np. do zrobienia rezerwacji. Ale to się pomału zmienia. Nabieramy odwagi.

Jak zachęciłaby Pani swoją rówieśniczkę do podróżowania?

Najpierw zadałabym pytanie, gdzie mieszka i co ciekawego widziała w swojej okolicy. Jeśli ktoś chce zacząć podróżować samodzielnie, a wcześniej tego nie robił, najlepiej zacząć od okolicznych ciekawych miejsc. Wtedy nabiera się odwagi do ruszania coraz dalej.

Doskonała rada. Sama nieraz łapię się na tym, jak niewiele wiem o miejscu, w którym mieszkam, i chętnie pozwiedzałabym swoje rodzinne strony. Serdecznie dziękuję za tę inspirującą rozmowę.

Polecane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *